Zaczęło się mocnym wejściem samej Queen Bey i jej opowieści o zdradach męża (czy prawdziwych, czy nie tego nie wiemy i się raczej nie dowiemy) na płycie „Lemonade”. Według mnie to płyta doskonała, kompletna i cholernie dojrzała. Nie jestem krytykiem muzycznym, ale jestem kobietą… Mój ukochany numer z tej płyty to „Love drought”, kto nie słuchał niech nadrabia 😉     Kolejnym damskim

Czytaj dalej