Myślicie, że wiecie o Niej wszystko? „Poprzerabiana laska”, „Ekscentryczna projektantka”… te słowa padają najczęściej. Napiszę wprost – nic nie wiecie! Zapraszam na naprawdę ważną rozmowę o niezwykłej kobiecie. To nie Ewa z raju, to dziewczyna która raj utraciła…

 

 

Jeszcze zanim zadałam pierwsze pytanie, powiedziałaś, że masz dość rozmów o swoich rzekomych operacjach plastycznych. Powiem Ci szczerze, że ja też. O czym więc będzie ta historia?

 

O dziewczynie, dziś już kobiecie pochodzącej z małego miasta. Z przeciętnej, a zarazem nadzwyczajnej rodziny, która ukształtowała mnie jako człowieka przede wszystkim miłością. Z domu, w którym zawsze obecne były sztuka i literatura. O dziewczynie, której pozwolono realizować swoje marzenia idąc pod prąd. Dzięki temu jestem dziś tu, gdzie jestem.

 

Dobry początek. Ale w międzyczasie wydarzyło się także parę ciężkich momentów. Pierwszym z nich był Twój rozwód.

 

To prawda. To był moment, kiedy musiałam zmienić totalnie swoje życie. Musiałam wszystko oddać i zacząć od nowa.

 

Co masz na myśli mówiąc, że musiałaś wszystko oddać?

 

Kiedy budujesz rodzinę i swoje dorosłe życie to gromadzisz rzeczy, wspomnienia, które bardzo kochasz. Takimi drobnymi, ale dla mnie szalenie cennymi rzeczami były dla mnie bombki, które od małego podkradałam z choinek moich najbliższych. Miałam kilka od moich pradziadków, ukochanej cioci, babci. Często były one po prostu brzydkie, ale dla mnie były najpiękniejsze, bo z każdą z nich wiązała się dla mnie jakaś historia. Zbierałam też miejsca. Naprawdę. Na przykład dom, który tworzyliśmy w Puszczy Nadnoteckiej. W ten dom włożyłam nie tylko wszystkie swoje pieniądze, ale także nadzieje i większość marzeń. W fundamentach schowałam nawet butelkę z listem dla kolejnych pokoleń. Jestem bardzo sentymentalna. I pewnego dnia okazało się, że muszę to wszystko oddać…

 

Oddać, czy porzucić ?

 

Wykupić swoją wolność. Swoją i swoich dzieci. Dziś wiem, że to był doskonały wybór, bo codziennie widzę to potwierdzenie w swojej teraźniejszości. To był moment, kiedy narodziłam się na nowo. Raz wtedy w Szczecinku i drugi raz przy rozwodzie. Od tego czasu nie zbieram rzeczy, diamentów i innych dóbr. Kolekcjonuję ludzi i ich piękne emocje.

 

Ewa co kobietę, która ma męża, dwóch cudownych synów, piękny dom i prężnie działającą firmę pcha do rozwodu?

 

Kobietę, która ma kilka domów, prywatny las i jezioro…

 

A czego nie miałaś?

 

To nie ja nie miałam. Ja miałam piękne dzieciństwo, dużo miłości. Wsparcie w moich rodzicach. Poczucie bezpieczeństwa i nagle zdałam sobie sprawę, że moi synowie tego nie mają. Mój mąż nie potrafił, nie chciał, nie umiał im tego dać.

 

I nie bałaś się, że nie dasz sobie rady?

 

Absolutnie nie. Jeśli ktoś miałby sobie dać radę, to właśnie ja. To ja od początku dźwigałam na sobie całą rodzinę, ja byłam jej szyją i głową. Moja firma, którą wymyśliłam przed ślubem zapewniała nam byt. Więc jak ktoś mówi, że Minge miała bogatego męża i dlatego jej się udało to jest to bzdura. Mój mąż wspierał mnie mentalnie na samym początku, dlatego też uznałam, że mu się coś z tego naszego wspólnego życia należy. Dla mnie największym skarbem były dzieci. Tak naprawdę to właśnie chłopcy podjęli taka decyzję.

 

Zostajesz po rozwodzie bez męża, bez majątku, za to z dwójką małych dzieci z czymś jeszcze?

 

Z pewnością, że nie jestem sama. Mam miłość rodziców, dziadków i przyjaciół. Zostaję także ze świadomością, że mój mąż nie był moim prawdziwym wsparciem, przyjacielem. I wiesz co jest najtrudniejsze Malinko? Dojście do przerażającego wniosku, że w moim życiu nic złego się nie stało. Nareszcie był spokój, brak strachu, krzyków, brak wojskowej dyscypliny… To tak jakbyś leżała na plaży. Potrzebujesz piasku, słońca i miłego towarzystwa. Kiedy to masz nie ma znaczenia czy to plaża w dębkach czy w Tajlandii. Ważne jest to poczucie szczęścia.

 

Zaczynasz życie od nowa, a tu kolejna przeszkoda, która może je zakończyć. Białaczka. A Ty milczysz. Nie wie prawie nikt. Dlaczego?

 

Dlatego, że ze wszystkich otaczających mnie osób, tylko ja byłam pewna jutra. Mam dwóch małych synów, którzy mnie cały czas obserwują z pytaniem – czy damy sobie sami radę? Niby wiedzą, że mama jest bohaterką, ale zawsze jest ta niepewność. Tyle, że to właśnie ja zawsze dawałam wszystkim dookoła poczucie bezpieczeństwa. Powiem Ci szczere, że to wszystko co zostawiłam mojemu mężowi po rozwodzie też po to, aby mieć spokój, że jest bezpieczny. Że nie zostaje goły i bosy. Zabrałam tylko firmę. Mało tego, czekałam dwa lata z rozwodem, żeby stanął na nogi finansowo. Mój Tata nazywał mnie „adwokatem swoich wrogów”. Zawsze umiałam wytłumaczyć kogoś, kto mnie krzywdził.

 

Czyli znów jesteś wojowniczką i znów sama walczysz?

 

Oczywiście. Choć nie jest to łatwe. Nie śpisz, tylko zastanawiasz się co zrobić zanim wydarzy się coś najgorszego. Wiesz, że dzieci muszą dowiedzieć się na końcu? Dlaczego? Bo paradoksalnie w tym samym czasie jesteście na początku nowej drogi. Wiem, że musze pracować, aby zabezpieczyć się finansowo. Dzieci są niepełnoletnie, więc najbardziej przeraża mnie to, że w razie mojej śmierci trafią do punktu wyjścia. Czyli do ojca.

 

Poświęcasz, więc siebie.

 

Malinko, ja sama nie mam nic do stracenia. Moja mama się domyśla, wie moja przyjaciółka. Zaczynam się robić nerwowa. Ratuje mnie praca. Mam nowego partnera, z którym się rozstaję, bo wiem, że nie udźwignie mojej choroby. A ja zaczynam walkę.

 

Jak się walczy z białaczką Ewa?

 

Okazuje się, że najskuteczniejszą bronią w tej walce są ludzie. Procentują moje wybory odkrywam, że w mojej firmie mam najlepszych przyjaciół na świecie. Odkrywam, że mogę się leczyć i zostawić firmę w dobrych rękach. Wiem, że świat się nie zawali. Mam na kim polegać, wyjeżdżam na miesiąc i kiedy wracam wszystko działa jak w szwajcarskim zegarku. To dla mnie bardzo ważne, bo daje choć minimalny spokój. Pojawiam się i pokazuję wtedy, kiedy mogę. Jestem tak mocno skupiona na pracy, że nie mam czasu myśleć o złych rzeczach.

 

Ale są momenty, kiedy to Cię dopada…

 

Najgorsze są wybory. Powiem Ci coś strasznego. Wyobraź sobie, że masz świetnie prosperującą firmę, zarabiasz pieniądze. Stać Cię wreszcie na leczenie tej cholernej choroby, a Ty… A Ty się zastanawiasz czy warto.

 

Jak to?

 

Tak to. Czy poświęcić te pieniądze na coś, co nie daje Ci stuprocentowej gwarancji? Czy po prostu poświęcić siebie i zostawić je dzieciom. Bo jeżeli Ci się nie uda, to dzieci zostaną z niczym. Dla mnie nie było głównym tematem, czy będę żyła, czy nie. Bo jako matka myślisz inaczej… Kiedy jesteś matką dzwonisz do swojej przyjaciółki w środku nocy i pytasz, czy kiedy Cię zabraknie Ona zaopiekuje się twoimi dziećmi?

 

Co się czuje, kiedy musisz zadać takie pytanie?

 

Niesamowity ból. Wyjesz z bólu. Nawet teraz mam łzy w oczach jak o tym mówię. Bo to nie jest przemyślane pytanie, to jest pytanie na tu i teraz. I Ona odpowiada – „Tak. Dam radę”. I wtedy kamień z serca, bo pada odpowiedź, jakiej oczekujesz. Nie coś w stylu „co Ty wygadujesz Ewka!”, tylko konkretne zapewnienie, po którym znów możesz zasnąć. Bo już wiesz, już masz pewność. Jedziesz więc rano do prawnika i piszesz testament. I mimo wszystko wiesz, że jest ok. Leczysz się, są dobre rezultaty. Jest lepiej. Na chwilę. Bo nagle okazuje się, że moja ukochana mama umiera na raka.

 

Ale Ty znów się podnosisz…

 

Tak. Bo muszę. Bo mam pracę, która mnie spełnia. Która jest moją pasją. Mam dużo zajęć i mało czasu na myślenie. Leczenie działa. Zaczynam myślenie „ja muszę”. Muszę zrobić świetną kolekcję do Paryża! Muszę zrobić pokaz w Nowym Jorku! Nikt nade mną nie ubolewał, nikt nie mówił „biedna Minge, odpocznij sobie”, bo nikt nie wiedział. Ta niewiedza innych była dla mnie zbawienna. Nawet moi synowie dowiedzieli się o tym niedawno. A ja wygrałam!

 

Jesteś bardzo związana ze swoimi synami.

 

Tak. Kochamy się nad życie. Najlepszym dowodem jest to, że pomimo iż już dawno powinni wylecieli z gniazda, to do niego wrócili. Obaj skończyli świetne uczelnie, pomieszkiwali za granicą, ale to Zielona Góra jest ich miejscem na ziemi. Kiedy pytam dlaczego mówią, że lubią być blisko mnie, bo zarażam ich dobrą energią.

To uważam za swój największy sukces. Starszy Oskar jest do mnie bardzo podobny, a młodszy Gaspar jest naszym rodzinnym głosem rozsądku. Moi chłopcy. Choć mają po dwadzieścia kilka lat nadal ich tak nazywam (śmiech). To naprawdę wspaniali mężczyźni, dziś to Oni są dla mnie wsparciem.

 

Choć jak patrzę na Ciebie to chyba wsparcie nie jest potrzebne! Idziesz jak burza! Choć były takie momenty, że pomimo swojego wielkiego sukcesu nie byłaś akceptowana przez środowisko projektantów w Polsce.

 

Pewnie tak, ale ja się nie miałam czasu na tym skupiać. Pamiętaj, że byłam samotną matką (śmiech), więc miałam inne sprawy na głowie. Ja się nie przyglądam konkurencji, bo po co?

 

Chociażby żeby wiedzieć co proponują.

 

W moim świecie to i tak niczego nie zmieniało. Do kogo ja się miałam porównywać? Do kogoś, kto ma atelier z dwoma krawcowymi, kiedy ja mam szwalnię i zatrudniam sto osób i sprzedaję na cały świat? Do ludzi, którzy mają dziwne zdanie na mój temat, nawet mnie nie znając? Poza tym jak projektant może oceniać innego projektanta? Nie powinien, dla mnie to dyskwalifikuje człowieka danej branży. Charakterystyka domu mody polega na tym, że jedni go kochają, inni nienawidzą. Musi budzić emocje. Jak chcesz tworzyć dla wszystkich to załóż sieciówkę.

 

A może się bali? Wyglądałaś inaczej, ubierałaś wyższe sfery. Przyjaźniłaś się z Jolantą Kwaśniewską, miałaś pokazy w Paryżu, Rzymie…

 

A oni się śmiali. Dziś jest inaczej, nawet przesyłają mi zaproszenia na swoje pokazy. Dla nich mój sukces zagraniczny był jakąś bajeczką, ale on był prawdziwy! Pamiętam jak pani Jolanta Kwaśniewska podeszła do mnie na jakiejś gali, pogratulowała mi osiągnięć i zapytała, czy mogłybyśmy nawiązać współpracę. Ja nigdy nie pukałam, nie dobijałam się. Pewne rzeczy w moim życiu po prostu się działy. Wszyscy myśleli, że ona mi wszystko załatwiła. Błąd. Moja wspaniała wieloletnia przyjaciółka Nina Terentiew powiedziała mi kiedyś, że jestem jedną z niewielu osób, która nigdy jej o nic nie prosiła. To dla mnie bardzo cenne. Nigdy nie chciałabym stawiać ich w niewygodnej dla nich sytuacji.

 

A którego z polskich projektantów cenisz najbardziej?

 

Ubolewam nad tym co się stało z Maćkiem Zieniem, bo to szalenie utalentowany człowiek. Jeszcze bardziej ubolewam nad postawą środowiska, ale to właśnie pokazało prawdę o polskiej modzie. Upaść może każdy i warto o tym pamiętać. Bardzo lubię i szanuję Roberta Kupisza, który pamiętał jak pisał do mnie o tym jak farbuje swoje rzeczy w garnkach. Szacunek. Z chęcią nosiłabym Jego rzeczy, łamiąc swoją zasadę.

 

Jaką zasadę?

 

Mam zasadę, której nauczyli mnie Włosi – noś tylko swoje projekty, bo jesteś swoją najlepszą wizytówką. Wyobrażasz sobie Donatellę Versace w ciuchach Gucci? Bo ja nie. Co nie znaczy, że nie można być ponad podziałami. Właśnie tworzę taki projekt…

 

Opowiesz?

 

Ty wszystko ze mnie wyciągniesz! Chcę aby każdy z polskich projektantów zaprojektował koszulkę dla mojej fundacji Black Buterrflies, wspierającej walkę z nowotworami. Marzę, aby cały dochód został przekazany na ten cel. Ale to nie wszystko. Podopieczni mojego „Domu Życie” marzą o spotkaniach z najlepszymi polskimi projektantami. Oni nie chcą mnie, ja jestem na co dzień. Bardziej jak pielęgniarka, niż atrakcja. Chciałabym więc, aby choć dwa razy w roku przyjechali do Zielonej Góry i pobyli z tymi ludźmi, zobaczyli ich pasję i zaangażowanie, bo sama wiem, że to naprawdę działa cuda. Żeby na jeden dzień stali się ich mentorami. Mam nadzieję, że uda nam się zjednoczyć w tym celu. Marzę żeby polscy projektanci zrozumieli, że my razem jesteśmy Polską Modą i miejsce jest dla wszystkich. Każdy z nas jest inny i każdy z nas ma swoich odbiorców.

 

Wiesz co Minge, Ty jesteś jednak niesamowita! Szkoda tylko, że ludzie patrzą na Ciebie tylko przez pryzmat wyglądu. Nie wkurzają Cię te ciągłe dyskusje o Twoim wizerunku?

 

Teraz już nie. Ja lubię siebie. Jak można oceniać kogoś po wyglądzie? W końcu nie staruję w wyborach miss. Nie pracuję twarzą, a umysłem. Szczerze? Mój kontrowersyjny wygląd cholernie mi w życiu pomógł. Tyle.

 

Jesteś kobietą, która podoba się mężczyznom. Poplotkujmy więc… Silvio Berlusconi, był romans czy nie?

 

Nie! Powiem Ci jak było naprawdę. Otrzymałam medal „ Za zasługi dla wiecznego miasta”. Nie jest to przypadkowe odznaczenie, wręczał go mnie i siódemce innych osób właśnie Berlusconi i moja kochana przyjaciółko wyglądało to tak, że Silvio jak mnie zobaczył, przyciągnął mnie do siebie w momencie robienia zdjęcia. Włoszka, która stała za mną skopała mi nogi do krwi. Każdy chciał stać obok premiera. Po głównej uroczystości Berlusconi zaprosił wszystkich uhonorowanych na prywatną kolację. Mieliśmy wtedy okazję porozmawiać. To on do mnie doszedł, chwalił moją pracę. Opowiadał, że jego córka była na balu z Olą Kwaśniewską i chwaliła jej suknię. Powiedział mi wprost, że mu się podobam i poprosił o numer telefonu.

 

Na co Ty?

 

Odpowiedziałam tak jak czułam – nie ma takiej możliwości. Powiedziałam, że z tego co wiem jest człowiekiem żonatym. Na co On, że zadzwoni jak się rozwiedzie. Uśmiechnęłam się i powiedziałam, że dla takiego mężczyzny nie powinno stanowić problemu po rozwodzie znalezienie kontaktu do mnie.

 

Romansu nie było, tylko kosz!

 

Tak! Zabawne było to, że całą tę rozmowę słyszał włoski dziennikarz i nakręcił tę śmieszną sytuację. Czy Ty wiesz, że następnego dnia w hotelu czekał na mnie tłum paparazzich, i nawet zwołano konferencję prasową! Dlaczego? Bo Minge była na okładkach wszystkich ważnych tytułów. Dziś to dla mnie śmieszne. Kocham Włochy i kocham Włochów! To moje miejsce.

 

Czujesz się dziś spełniona?

 

Tak. Bardzo. Dlatego też założyłam fundację. Całe życie musiałam taplać się w show biznesie, bo z tym też wiąże się sukces mojej marki. W czasach kiedy wartość człowieka wyznaczać ma marka i cena butów, jakie nosi. W czasach, kiedy w Polsce mamy wielu samozwańczych specjalistów od mody. W czasach okrutnego i szkodliwego oceniania po wyglądzie, w czasach kiedy nikt nie krzyknie „Król jest nagi!” ja szukam czegoś innego. Szukam radości, chcę uchwycić każdy piękny moment. Skupiać się na rozwiązywaniu naprawdę ważnych problemów. Bo nasze życie, to życie motyla. Ja szukam czegoś więcej, głębiej. Mam wielki apetyt na życie.

 

A jakie masz jeszcze marzenia?

 

Mam 48 lat i całkiem sporo marzeń. Przede wszystkim najważniejsza jest teraz moja fundacja Black Butterflies, za chwilę otwieram kolejną filię po Beverly Hills, tym razem w Mediolanie i Szwecji. Chcę wydać kolejną książkę, tym razem o tym jak stworzyć markę modową i odnieść sukces. Z mojego 400 metrowego „ Domu Życie” stworzyć emocjonalny raj na ziemi . Wiesz, zawsze chciałam być lekarzem. Nie udało mi się zdać na medycynę. Ale dziś staram się zapewnić ludziom godne przechodzenie przez chorobę, pokazanie im, że są kimś więcej niż tylko kosztownym do utrzymania ogniwem w społeczeństwie. Chcę ich motywować, ale też tłumaczyć im różne mechanizmy. Dostarczać im wiedzę na temat systemu ochrony zdrowia i pokazać im ich prawa. Chcę im dawać radość.

 

To ja na koniec zrobię coś, czego nie lubisz. Nie zgodzę się z Tobą!

 

Jak to?

 

Zostałaś lekarzem. Lekarzem o duszy…