Gościła na okładkach najważniejszych modowych magazynów. Pracowała z Miuccią Pradą i Karlem Lagerfeldem. Zrezygnowała ze światowej kariery, żeby założyć rodzinę. Od trzynastu lat jest w związku z Olivierem Janiakiem. O swoim mężu mówi, że jest lepszy niż wszystkie okładki „Vogue’a” razem wzięte. Mają trzech synów. Na prywatnym blogu opisuje swoją codzienność. Nie koloryzuje rzeczywistości. Twierdzi, że nie należy do piękności. Ma do siebie ogromny dystans i śmieje się ze złośliwych komentarzy na jej temat. Otwarcie przyznaje się do kompleksów. Uwielbia wyzwania. Od lat realizuje się zawodowo na wielu płaszczyznach. O swoim życiu mówi: nudne, normalne, szczęśliwe. Michał Misiorek, rozmawia z Karoliną Malinowską.

 

Umówić się z Tobą to nie lada wyzwanie.

Ostatnie tygodnie były u mnie totalnie wariackie. Moja babcia miała poważną operację, potem mnie złapała choroba. Poza tym, jak się ma trójkę dzieci, to jest się czym tłumaczyć. (śmiech)

Trudno jest być pełnoetatową mamą, żoną i gwiazdą?

Nie wiem. Żyję tak od dobrych kilku lat i specjalnie się nad tym nie zastanawiam. Rodzina jest dla mnie zawsze priorytetem. Potwierdzi ci to każdy, kto choć trochę mnie zna. Spełniona kobieta to szczęśliwa kobieta. Cały czas do tej pełnej samorealizacji staram się nie tylko dążyć, ale też doprowadzać.
Lubisz gdy dużo się dzieje?

Nie zawsze. U mojego męża musi się ciągle coś dziać w życiu, bo inaczej zwariowałby. Po dwóch dniach wakacji już widzę, że nie umie usiedzieć w miejscu i go nosi. U mnie jest trochę inaczej. Czasem lubię, gdy jest spokojniej. W tym świecie, który pędzi – tylko dlatego, że my sami go napędzamy, fajnie od czasu do czasu zwolnić. Tym bardziej gdy masz dzieci, które są super, ale często równie super cię wkurzają, to potrzebne są takie chwile tylko dla siebie.
Podobno jesteś też mistrzynią wymówek i potrafisz skończyć zdanie „nie mogę, bo…” na milion sposobów. Od czego uciekasz? Przed czym się wzbraniasz?
Szczerze? Przed spotkaniami, rozmowami i przeżyciami, które wiem, że absolutnie niczego nie wniosą do mojego życia. Nie chodzi o to, że nie przyniosą mi one żadnych korzyści, tylko o to, że zbyt często tracimy czas na pierdoły. Mocno pracuję nad tym, żeby się tego oduczyć. Nie zawsze mi to wychodzi, ale staram się.
I mówisz wtedy: nie mogę, bo…?
Bo mam inne plany lub po prostu – bo nie mogę.
Długo wymigiwałaś się też od siłowni. Niedawno na blogu napisałaś, że w końcu się zmusiłaś do ćwiczeń. To był jednorazowy zryw czy stało się to już stałym punktem tygodnia?
Jednorazowy na pewno nie. Pytanie tylko, jak długo to potrwa. (śmiech) Ostatnio Ewka Chodakowska mnie ochrzaniła, że za bardzo się obnoszę z tym, że mi się nie chce ćwiczyć. Podobno powinnam mówić, że mi się bardzo chce, żeby mobilizować inne matki. Także ogłaszam wszem wobec – bardzo mi się chce! (śmiech)
Czyli polubiłaś ćwiczenia?
Gdy zmusisz się raz, drugi, trzeci, czwarty, a za piątym ktoś ci wystawi torbę za drzwi i wyrzuci cię z domu, co nie znaczy, że u mnie tak było, to później wpadasz już w taki rytm, że brakuje ci słowni. Dla mnie godzinne bieganie na bieżni to relaks. Nie traktuję tego w kategoriach wielkiego wysiłku. To po prostu chwila dla mnie. Pretekst do tego, żeby wyrwać się z domu. Uwierz, że przy trzech synach jest się z czego wyrywać. (śmiech)
Podobno chodzenie na siłownię od lat pojawiało się na liście twoich noworocznych postanowień. Słyszałem, że w tym roku listy nie zrobiłaś. Łatwiej się zmobilizować, gdy nie nakładamy na siebie presji?
W tym roku przepisałam listę. (śmiech) Myślę, że ważne jest stawianie przed sobą celów. Ja to robię i dzięki temu dziś mam okazję zajmować się zupełnie innymi rzeczami niż jeszcze kilka lat temu. Bardziej niż modelingiem zajmuję się teraz dziennikarstwem. Nie wiem, czy jestem dziennikarką. Pewnie skoro prowadzę wywiady z gwiazdami, ktoś chce to publikować i co najważniejsze – ktoś chce to czytać, to tak. Lubię wyzwania.
Dalej masz problemy z mówieniem „nie”? Podobno oduczenie się tego było od lat jednym z Twoich postanowień.
Coraz mniejsze, ale mam.
W sytuacjach zawodowych czy gdy dzieci cię o coś proszą?
W stosunku do dzieci jestem akurat bardzo asertywna. Uważam, że to jedna z dobrych metod wychowawczych. Kiedyś powiedziałam nawet o sobie – matka terrorystka. (śmiech) Natomiast mam duży problem w sytuacjach, kiedy ktoś prosi o pomoc – i to nie tylko tę finansową. Gdy słyszysz o czyiś problemach, zwykle niechcący przenosisz to do swojego życia, bo ciągle o tym myślisz. Nie chcę tego robić. Zawsze miałam problem, żeby w takich sytuacjach powiedzieć „nie”, ale teraz się tego uczę. Poza tym ludzie rzadko mówią „dziękuję”. Czasem jestem na siebie zła, że czegoś oczekuję, bo pomagam przecież bezinteresownie. Ale podświadomie chciałabym, żeby ktoś dostrzegł moje poświęcenie. Zwłaszcza jeśli sam o coś prosił.
Przejmujesz się tym, co myślą o tobie inni?
Już przestałam. Wydaje mi się, że jeżeli mam cokolwiek ogromnego, to dystans do siebie. Zresztą bardzo często piszą mi to czytelniczki mojego bloga.
Zdarza się jeszcze, że przeczytasz coś o sobie i cię to zaboli?
Staram się już nie czytać. Natomiast wiadomo, że każdy ma swoje czułe punkty. Najbardziej bolą mnie nieprawdziwe informacje dotyczące mojej rodziny. Na szczęście ani ja, ani mój mąż nie prowokujemy takich newsów. Nuda.

Podobno internauci często nazywają cię paszczurem i bardzo ci się to spodobało.

Tak! (śmiech) To słowo bardzo często pojawiało się w komentarzach, kiedy jeszcze byłam na etapie ich czytania. Uwielbiam je! Uważam, że jest bardzo śmieszne. Kiedyś też przeczytałam, że jesteśmy z Olivierem dziwną parą, bo kto to widział, żeby mąż był ładniejszy od żony. (śmiech).
Podkreślasz często, że masz świadomość, że nie należysz do piękności. To nie jest kokieteria?
Nie. Mam świadomość tego, jak wyglądam. Śmieję się, że mam urodę dla konesera. Na szczęście jeden się znalazł. (śmiech) Zawsze miałam raczej ciekawą i dziwaczną twarz niż piękną i kobiecą. Nie należałam nigdy do dziewczyn, za którymi wszyscy mężczyźni oglądali się na ulicy.
To jak wytłumaczysz swoją karierę w modelingu?
Nie zrobiłam komercyjnej kariery. Nie byłam dziewczyną Victoria’s Secret. Robiłam raczej okładki takich magazynów jak „Vogue”, „i-D” czy „Dazed & Confused”. Mam wrażenie, że tam lansowany jest inny typ urody.
Nadal masz kompleksy?
Znasz jakąś kobietę, która ich nie ma?
Nie wszystkie się do nich przyznają.
To prawda. Oczywiście, że mam – na wielu płaszczyznach, nie tylko tej fizycznej. Zresztą jak każdy człowiek.
Ostatnio postanowiłaś powalczyć z jednym z kompleksów. Wszystko opisałaś na swoim blogu. Długo zastanawiałaś się nad wizytą w klinice medycyny estetycznej?
Bardzo długo. My, kobiety, często wmawiamy sobie, że to, jak wyglądamy, jest nieważne. Usprawiedliwiamy się tym, że nie mamy czasu, żeby zająć się sobą. Gdy w towarzystwie coś powiem na temat swojej figury, wszyscy mówią, że przecież urodziłam trójkę dzieci. No tak, ale jak długo można się tym tłumaczyć? Postanowiłam więc zrobić coś dla siebie i powalczyć z moimi kompleksami. Zastanawiałam się też, czy opisać to wszystko na blogu. Ale uznałam, że nie chcę koloryzować rzeczywistości. Po moim wpisie dostałam mnóstwo wiadomości od kobiet, które mają takie same problemy jak ja. Dziękowały mi, że mówię o nich głośno.
Robiąc największe kampanie i chodząc w pokazach największych projektantów, też miałaś kompleksy?
Na pewno, ale wtedy nie odbierałam tego w tych kategoriach. Byłam bardzo młodą osobą. Gdy w wieku piętnastu lat pojechałam pierwszy raz do Mediolanu, zaczęłam od pracy na wyłączność dla Prady. Spędziłam z Muccią Pradą i jej mężem dwa miesiące. W końcu przyszedł dzień pokazu, siedziałam na backstage’u i zaczęły przychodzić wszystkie słynne top modelki. Znałam je z okładek „Vogue’a”. Pamiętam, że pobiegłam wtedy do toalety i się popłakałam.
Ze szczęścia czy stresu?
Ze stresu. Okazało się, że będę otwierała ten pokaz. Mało tego, miałam mieć na sobie tylko przezroczysty płaszcz z kryształkami, który pokazywał moje ciało. Gdy masz piętnaście lat, nie masz świadomości swojej kobiecości. Czujesz, że ktoś cię po prostu rozbiera. Zamknęłam się więc w łazience i płakałam. Zaczęła się do mnie dobijać Gisele Bundchen i pytać, co się dzieje. Wytłumaczyłam jej, że jestem z Polski, nikogo tu nie znam i nie wiem, co robię wśród znanych modelek. Gdy dzisiaj sobie o tym myślę, muszę przyznać, że było to nawet urocze, ale wtedy był to dla mnie ogromny problem. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z tego, gdzie jestem i z kim pracuję. Byłam dziewczyną z Łodzi, wychowującą się w biednej rodzinie i prowadzącą normalne życie. Stąd te niepewność i kompleksy.
Gdy jest się wyróżnianym i docenianym, to nie przestawia się coś w głowie.
Może i przestawia, ale gdy dzwoni do ciebie mama i musisz wracać do domu, bo zostały ci do zdania zaległe klasówki, schodzisz na ziemię. Pochodzę z dość specyficznego domu i dla mnie sesje i pokazy to była praca, która pozwalała mi wyżywić rodzinę i zapewnić jej byt.
Nie myślałaś: jestem gwiazdą i robię wielką karierę?
Nigdy! Nie obracałam się też w tym modowym środowisku. Nie chodziłam na imprezy i nie robiłam różnych dziwnych rzeczy, które robią młodzi ludzie. Mogę ci przysiąc, że nigdy w życiu nie zapaliłam nawet trawki. Jeżeli cały czas pracujesz, to ostatnią rzeczą, na którą masz ochotę, jest impreza. Każdy fashion week to maraton. Przymiarki trwają do rana, masz potem dwie godziny, żeby się umyć, coś zjeść i już jedziesz przygotowywać się do pokazu. Gdy nie masz czasu na słuchanie pochwał i poklask, który niczego nie daje, to uwierz, nie zwariujesz.
Powiedziałaś kiedyś, że modeling to najfajniejsza praca dla kobiety. Dlaczego tak uważasz?
Dzięki pracy modelki zwiedziłam cały świat, poznałam fantastycznych ludzi i mogłam nosić ubrania od największych projektantów. Niewiele osób o tym wie, ale byłam pierwszą modelką, która robiła kampanię dla Karla Lagerfelda, gdy otworzył swoją markę „Lagerfeld Gallery”. Dzisiaj dla większości osób jestem żoną Oliviera Janiaka, której mąż wszystko załatwił.
Naprawdę tak myślisz?
Ja to wiem. Gdyby dawniej o modzie dyskutowało się tak, jak teraz, może ludzie mieliby świadomość, że wcześniej były dziewczyny, które naprawdę sporo w modelingu zrobiły.
Rozumiem, że nie żałujesz, że nie zostałaś aktorką. Podobno o mały włos nie zagrałaś Zosi w „Panu Tadeuszu”.
O bardzo duży włos! Pojechałam na casting do tej roli, ale gdy zobaczyłam na korytarzu tłumy dziewczyn, zrezygnowałam. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo gdy stamtąd wychodziłam, zaczepiła mnie pani z agencji modelek i zaproponowała współpracę.
Już cię nie ciągnie do aktorstwa?
Kiedyś miałam zdjęcia próbne z Czarkiem Pazurą i powiedział mi, że powinnam grać. Może i fajnie byłoby spróbować swoich sił, ale z drugiej strony – czy można robić dużo różnych rzeczy naraz tak samo dobrze? Chyba nie. Mamy na to w Polsce co najmniej kilka przykładów. Poza tym uważam, że modelki nie są dobrym aktorkami – może z wyjątkiem Milli Jovovich.

Dlaczego? Przecież wy też pokazujecie emocje przed aparatem.

Tak, tylko my gramy, pokazujemy emocje, ale cały czas zastanawiamy się, czy dobrze wyglądamy. Taka robota! (śmiech) Czy ja cię nie nudzę?
Nie, dlaczego?
Nie wiem, czy to, co opowiadam, jest ekscytujące. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy wystarczy pokazać tyłek i jest się celebrytą. Jestem chyba very old fashion.
Jeśli już o tym wspominasz, to powiedz, jaki jest show-biznes z Twojej perspektywy?
Śmieszny.
To znaczy?
Powiem coś bardzo niepopularnego. Bardzo lubię show-biznes. Wszyscy mówią, że to płytkie – idziesz na imprezę, uśmiechasz się, udajesz i tylko czekasz na to, kiedy wrócisz do domu i założysz kapcie. Super! Też wracam do domu i też zakładam kapcie, ale równie chętnie zakładam szpilki i gdy jest fajny pokaz, z przyjemnością się na niego wybieram. Poza tym, na takich imprezach można spotkać wiele fantastycznych osób. Normalnie wszyscy jesteśmy zabiegani i nie mamy czasu, żeby umówić się na kawę, a tak – mamy okazję, żeby pogadać. Mam tak zawsze z Mają Sablewską. Cały czas się mijamy, a przy okazji modowych eventów możemy w końcu się nagadać.
Gdy patrzysz dziś na Anję Rubik czy Magdę Frąckowiak, nie żałujesz, że zrezygnowałaś z międzynarodowej kariery w modelingu?
Ale ja już ją zrobiłam. Może nie na taką skalę jak Anja Rubik, ale zrobiłam. One mają fantastyczne życie i szalenie się z tego cieszę, ale ja dziś jestem gdzieś indziej.
Co zyskałaś, odchodząc z modelingu?
Wspaniałego męża. On jest lepszy niż wszystkie okładki „Vogue’a” razem wzięte.
Zawsze jest wam pięknie i kolorowo?
Oczywiście, że nie. Każde z nas ma swoje małe i duże problemy. Dzieci zachorują, czasem się pokłócimy, innym razem mamy czegoś serdecznie dość. To normalne. Chociaż gwiazdy tak nie mówią. U gwiazd wszystko jest zawsze super. U mnie nie.
Macierzyństwo też nie jest tylko cudowne i słodkie?
Nie. Według wszystkich macierzyństwo jest cudowne, a to przesrana robota. Za bardzo je koloryzujemy. Nie chcę też demonizować, bo są też fantastyczne momenty i ich jest zdecydowanie więcej, ale są też takie, kiedy chcesz rzucić wszystko w cholerę. Może tak mówię, bo mam dużo dzieciaków.
Kolejnych nie planujesz?
Nie wyobrażam sobie tego nawet. (śmiech) Rząd co prawda kusi pieniędzmi, ale nie.
W niedawnej kampanii Apartu wystąpiliście z dziewczynką. Bardzo ładnie do was pasowała. Może warto jeszcze pomyśleć nad córką?
Najlepsze jest to, że większość osób myślała, że to naprawdę moja córka skrywana przez lata gdzieś pod podłogą. (śmiech) Podziwiam mamy, które mają więcej dzieci ode mnie. Przy trójce już widzę, jak szalenie trudno jest obdarzyć je czasem i potem mieć ten czas jeszcze dla męża, rodziny i siebie. Chciałabym móc dawać moim dzieciom jak najwięcej z siebie. Przy większej liczbie nie byłoby to takie proste.
Wiele zarzutów usłyszałaś po tym, jak zgodziłaś się na udział swoich dzieci w kampanii reklamowej Apartu?
W ogóle! Byłam zaskoczona, bo spodziewałam się jakichś nieprzyjemnych komentarzy. Wydaje mi się, że na tych zdjęciach widać po prostu prawdę. A ona zawsze się obroni. Cieszę się, że ta kampania została tak ciepło przyjęta, bo to pokazuje, że może warto być w życiu normalnym.
Mimo że się tym nie chwaliliście, to przekazaliście swoją gażę za kampanię na cele charytatywne.
To prawda. Jednak nie chcę o tym opowiadać, bo nie taki był tego cel.
Nawet jakby się chciało wam coś zarzucić, to się nie da. Trzynaście lat jesteście razem, trójka dzieci, same sukcesy zawodowe, a na koncie żadnych skandali. Jak to się robi?
Nie wiem. Nie zastanawiałam się nad tym nigdy. Nie analizuję swojego życia. Chyba jesteśmy nudni.
Po prostu?
Szczęśliwi, nudni i normalni.