Znacie te momenty, kiedy chcecie się odprężyć i siadacie z kawką, herbatką czy innym rozluźniaczem i otwieracie gazetę, a tam… A tam masakra. Piekielnie piękne kobiety w  rozmiarze „mniej niż zero” z idealnie wygolonymi nogami, wyregulowanymi brwiami i czerwoną szminką na ustach. I tylko u niej w magiczny sposób ta szminka zostaje na swoim miejscu, a nie na szklance, policzku faceta, czy zębach. Ja po pół godzinie wyglądałabym niczym Boy George w konturówce 😉

Oglądanie takich kobiet mnie nie relaksuje, tylko wkurza prawdę pisząc 😉 Ale może też działać mobilizująco 😉

24 listopada obchodziłam 33 urodziny. Jakoś niespecjalnie mam jazdę na punkcie wieku, nie przejmuję się, nie panikuję. Na każde „Ty już stara dupa jesteś” odpowiadam uśmiechem. I zawsze mówię, że dopóki „dupa”, a nie „rura” to wszystko gra. Swoją drogą, skąd ludzie mają jakąś taką niewytłumaczalną obsesję wieku? Każdego z nas czeka starość. Ja mam nadzieję, że moja potrwa bardzo długo…

Od początku ten blog traktuję bardzo prawdziwie i osobiście. Nie obchodzi mnie to co myślą o nim moi koledzy i koleżanki. To jest moje życie i mój świat. Kiedy byłam w trudnej dla mnie ciąży, sama znalazłam wsparcie w internecie. Do dziś z moimi ukochanymi „Lipcówkami” (choć połowa urodziła w czerwcu) mam kontakt, choć nigdy się nie widziałyśmy. Lubimy się i wspieramy. Często od Was- moich Czytelniczek dostaję bardzo osobiste i wzruszające maile. Tak wspaniałe, tak intymne, tak szalenie dla mnie ważne. Obdarzacie mnie dużym zaufaniem i bardzo za nie dziękuję.

Ja niczego nie udaję przed Wami, niczego nie ukrywam. Jeśli się nie chcę czymś dzielić, to się nie dzielę. Jak w życiu, prawda?

Do czego zmierzam? Często w mailach od Was pojawiają się pytania jak udało mi się wrócić do formy po urodzeniu trzech synów? No więc tadaaaam! Nie udało mi się! Wcale! At all! Ni chu chu! Dlaczego? Bo jestem LENIEM (nie wierzę, że to napisałam!), bo mi się NIE CHCE. Bo mam z tego powodu doła. Bo sobie tłumaczę, że dam radę… Albo od jutra. I choć wiem, że to pieprzone jutro było wczoraj, to nadal nic. Nic.

Tak. Pewnie. Mam zrywy i sobie myślę „DAM RADĘ”. I nawet mam zdjęcie Ewci Ch. w lodowce i nic. Nic. I choć wszyscy dookoła mówią mi, że „świetnie wyglądam”, to ja wiem, że tak nie jest. Cytując ulubioną bajkę Potworzaków „Ninjago” – „nie osiągnęłam pełni swoich możliwości”.

Ile razy to ja się już brałam w garść… Milion. Miliard nawet. Tym razem jednak postanowiłam, że się nie poddam. Bo nie mogę. Nie stosuję diet zmieniających rysy twarzy, nie wstrzykuję sobie botoksu, ani innych rzeczy nigdzie. A mimo to, odważyłam się pojawić u doktora Marcina Ambroziaka. Pojechałam do Niego z moją blizną na brzuchu, która jest moim największym kompleksem.

Nie znałam Go wcześniej. Tyle, co widziałam w telewizji w programie „Życie bez wstydu”. Oglądam go zawsze ze wzruszeniem, bo widzę jak bardzo takie zabiegi zmieniają ludziom życie.

Zapytałam grzecznie Marcina, czy można coś z tym moim alienem na brzuchu zrobić. „No pewnie!” – usłyszałam w odpowiedzi. Nie chcę się odsysać, odciągać i inne takie. Ja już dziękuję, jestem po trzech cesarskich cięciach (nie, nie na życzenie moje kochane hejterki), więc już się wystarczająco dużo wycierpiałam. Żadnych operacji, skalpeli, strzykawek i białych kitli!

Po twarzy Marcina przebiegł szelmowski uśmiech i powiedział tylko „Mam dla ciebie coś lepszego”. Jego żona Asia spojrzała na mnie tajemniczo i też się uśmiechnęła…

Dobra. Spoko. Zobaczymy, co może być aż tak strasznego?

Przekonałam się o tym następnego dnia. Weszłam do kliniki jakby nigdy nic, miał się mną zająć Pan Maciej. Ok, choć sama myśl o tym, że facet będzie oglądał moje schaby nie należała do przyjemnych. Pan Maciej, teraz już Maciek 😉 Okazał się profesjonalistą w każdym calu. Miły, kompetentny, rzeczowy. Nie obiecywał gruszek na wierzbie, co bardzo mi się spodobało. Nasze pierwsze spotkanie polegało na przeprowadzeniu zabiegu UltraFormer na moich ramionach. Chciałabym Wam napisać jak było wspaniale, jak się odprężyłam. I jak po zabiegu od razu przestałam mieć „gardło pelikana”. Nic z tego. Bolało. Nie, cholernie bolało i ani urok osobisty, ani poczucie humoru Maćka nie były w stanie odwrócić uwagi od tego bólu. Zabieg polega na maksymalnym wykorzystaniu ultradźwięków, które rozgrzewają skórę momentami nawet do 50 stopni. Pod wpływem tej wysokiej temperatury pobudzamy przebudowę komórkową. Komórka tłuszczowa się obkurcza i po około 3 miesiącach nasz tłuszcz znika. Boli. Bardzo boli i najgorsze jest to, że nawet nie wiem, czy było warto 😉 Czekam jeszcze kilka tygodni…

I chyba mogę obiecać, że wszystko Wam pokażę i opiszę. Jedno jest pewne, w tej klinice naprawdę można zmienić swoje życie 😉 i zacząć walkę z kompleksami. Ja swoją właśnie zaczynam. Tym razem ją wygram!

Macie kompleksy? Wstydzicie się o nich mówić? Ja tak, do tego dochodzi jeszcze hejt w necie, ale co tam! Damy radę! W końcu jutro jest zupełnie nowe jutro!

12606813_10153883714635419_1155931705_n 12625617_10153883714570419_382538721_n

IMG_3939

IMG_3943

IMG_3944

FullSizeRender