Oto wywiad, jakiego udzieliłam dla magazynu „Kikimora”, który znajdziecie w kioskach.

Umówić się z Panią to wyzwanie. Ale rozumiem, że znalezienie wolnej chwili, gdy wychowuje się trzech chłopców, to sztuka.
I jeszcze się spóźniłam! Mogłabym powiedzieć – przepraszam, miałam bardzo ważne spotkanie! A ja mówię – przepraszam, musiałam poczekać w domu, aż dogotują się ziemniaki, żeby je odcedzić, bo babcia nie podniosłaby ciężkiego garnka. No cóż, nie koloruję rzeczywistości.

W czasach, gdy wszyscy to robimy?

Robimy, bo świat dziś tego od nas wymaga. Od mężczyzn i kobiet po równo. Wszyscy musimy być piękni i niezawodni. To jest słowo klucz. Trzeba zawsze dawać radę: przed szefem, żoną czy mężem, przed dzieciakami. A gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla nas, ze słabościami, z gorszymi momentami…

Pani przyznaje się na własnym blogu do tego, że miała gorszy dzień, coś się wbrew oczekiwaniom nie udało. Czytałam to z zaskoczeniem.

Kreowanie się na kogoś innego, lepszego bywa może i fajne, zdaje się kręcące, ale tak sobie myślę, że kiedy po takim udawanym dniu wieczorem siadasz na kanapie przed telewizorem, to kim wtedy jesteś? Można się pogubić. Staram się być blisko siebie, własnych emocji, prawdy, bo wierzę, że ona się obroni. Dobrze wiem, kim jestem, ale jeszcze lepiej – kim nie jestem.

Kim Pani jest? Wojowniczką?

Może trochę. Życie mnie nie oszczędzało, już kiedy byłam mała, składało się z wyzwań. W wieku 14 lat utrzymywałam dom, mamę i brata. To moim zadaniem było zarobienie na czynsz, bo mama nie miała takich możliwości.

To musiało być obciążające.

Kiedy jest się osobą działającą zadaniowo, jak ja, nie myśli się o tym. Jest jakaś praca, trzeba ją wykonać, a potem kolejną. I tak nie pobiję swojego męża, on to ma dopiero tysiące projektów, spraw do załatwienia każdego dnia i jakoś zawsze daje radę.

We dwoje dajecie radę. 12 lat razem, troje dzieci.

I skandali brak. Widzę, że stabilność naszej relacji jest często dla ludzi zaskoczeniem. Mam takie powiedzenie: po dwóch latach związku skarpetki pachną… tak samo źle. Za to nie ma już takiej chemii, jak na początku, seks powszednieje, co tu dużo mówić, wszyscy mamy te same problemy. To sztuka odnajdować między sobą magię w codzienności.

Jak to robicie?

Choćby tak – mamy połączone mieszkania z moją mamą i babcią – często usypiamy dzieciaki, a potem, z wolnymi głowami, uciekamy do kina. Mieszkamy na warszawskiej Pradze, uwielbiam kompleks Soho Factory i Warszawę Wschodnią, to taka restauracja, do której można wyskoczyć o każdej porze. Zdarzało nam się przyjść tam o pierwszej w nocy na tatara, a serwują genialnego.

Mieszkacie z Pani mamą i babcią?

Wielopokoleniowa rodzina to mimo wszystko niezwykłe w naszej rzeczywistości.
Niewielu jest mężczyzn, którzy z własnej nieprzymuszonej woli zamieszkaliby z teściową i matką swojej teściowej. A ja nawet nie musiałam mówić Olivierowi, że tego bym chciała, bo to był jego pomysł.

Pobraliście się po trzech miesiącach znajomości. Czy to była brawura?

No jasne, że brawura. Bywa zgubna, na szczęście nie w naszym wypadku. Olivier próbował mnie już wcześniej poderwać, nie byłam zainteresowana, zwyczajnie mi się nie podobał. Ale potem zetknął nas los i zaiskrzyło. Zaczęło się od tego, że wysłałam SMS do Oli, pytając o zdrowie, a odpowiedział Oli…vier, bo pomyliłam numery.

Ten poukładany dziś związek stanowił z początku wyzwanie?

Owszem. Byliśmy tak różnymi ludźmi, kiedy zaczęliśmy się spotykać. Olivier prowadził nad wyraz bujne życie towarzyskie, a dla mnie, modelki skupionej na pracy, życie to nie była niekończąca się impreza. Nie dość, że nie chciałam do tego przywyknąć, nie chciałam nawet w tym uczestniczyć. A on myślał, że skoro ma taki etap w życiu, automatycznie się do niego dopasuję. – Jest impreza kochanie – mówił. Odpowiadałam: Fajnie. – Chcesz iść? – pytał. A ja na to: Nie. – To co robimy? – rozkładał ręce. Moja odpowiedź była jednakowa: Jak to co, ty idziesz, ja zostaję. Dla jego kolegów to był szok, że pozwalam mu wychodzić, dla mnie oczywistość. Co mi z tego, że zatrzymam go w domu, kiedy chce się bawić. Nigdy nie rozumiałam, jak można w takich sytuacjach powiedzieć komuś: nie. No i przyszedł taki moment, kiedy Oli przestał wychodzić z domu. Sam z siebie.

Nie uwierzę, że to Panią nic nie kosztowało.

Takie zachowanie wymaga pracy nad sobą.
Ogromnej, ale dziś widzę, że warto było nad sobą popracować. Opanować emocje, nawet tę wściekłość, że obiecał wrócić o pierwszej, a był z powrotem o trzeciej nad ranem. Zdarzało się, a ja udawałam, że nic się nie stało. Nie mówiłam ani słowa. Warto było nie ciosać mu kołków na głowie. Dopasowaliśmy się, dotarliśmy spokojnie. Teraz, kiedy jesteśmy rodzicami, często sobie żartujemy – kochanie, kto cię weźmie z trójką dzieci. I to zdanie działa w obie strony, bo nie byłabym jedną z tych kobiet, które walczą w sądzie o wyłączną opiekę.

Siedem lat byliście parą bez dzieci, jak bardzo zmieniło się życie, kiedy chłopcy pojawili się na świecie?

Jest taki dowcip o Świętym Mikołaju, który pyta matkę o jej wymarzony prezent. I kiedy słyszy, że ma jej dać magicznego jednorożca, obrusza się: kobieto, myśl realnie. No dobrze, mówi ona, chciałabym każdego dnia mieć pięć minut tylko dla siebie, żeby spokojnie wypić ciepłą jeszcze kawę i móc zrobić siusiu w samotności. Mikołaj patrzy na nią przez swoje okrągłe okulary i zadaje już tylko jedno pytanie: W jakim kolorze chcesz tego jednorożca? Powinno się głośno mówić o tym, że kiedy pojawia się dziecko, życie zmienia się kompletnie. Znika świat, który znasz. Jest inaczej, jest trudniej. A przedstawianie macierzyństwa w przesłodzony sposób mija się z celem.

Trzech synów! Wyobrażam sobie, że każdy dzień z nimi to jak piknik na wulkanie.
Zawsze chcieliśmy mieć ich trójkę, ale nie ukrywam, trzech synów to wyzwanie. Chłopcy mają temperament. Na szczęście, kiedy w jednego wstępuje diabeł, drugi jest w tym czasie aniołem. Mam też na nich swoje sposoby – nie słuchasz się, to teraz ty, Fryderyku, będziesz mamą. I widzę ten błysk w oku. – To ja mogę rządzić? – pyta. Możesz rządzić, ale musisz też posprzątać mieszkanie, zrobić obiad – na tym polega bycie mamą. – To ja już nie chcę – słyszę i zaraz pokornieje. Trzymamy z mężem wspólny front wobec chłopców.

To znaczy?

Jak dzieciaki nas wkurzają, potrafimy zagrać ostro i jeszcze sobie przybić piątkę. Tacy z nas wredni rodzice. Fredzio ma ukochaną grę, ale gra w nią tylko raz w tygodniu, w sobotę i najwyżej przez dwie godziny. Czeka na ten czas, ale nieraz, jak nas zdenerwuje, dostaje szlaban. Burzy się, że to jest jego czas, a ja nie mogę zmieniać zasad. Odpowiadam mu na to, że wszystko mogę. Nigdy z Olivierem nie gramy dziećmi przeciwko sobie. Jesteśmy rodzicami. Oboje. I nawet jeśli mój mąż założy jakimś cudem skarpetki młodszego na stopy starszego syna, nie powiem słowa. Nie zapomnę, kiedy na świecie był jeszcze tylko Fryderyk, Olivier wykąpał go i mówi do mnie: hm, ten krem jakoś nie chce się wchłonąć. Patrzę, a on całego wysmarował sudokremem, taką gęstą, białą maścią z cynkiem, której używa się na podrażnienia. Dziecko przeżyło, tata też, a ja śmiałam się jak szalona. Babci zdarza się założyć Julianowi pampersa tył na przód. Zrobię to lepiej od niej? Pewnie zrobię, ale nie zamierzam niczego histerycznie po moich bliskich poprawiać. Dziecko trudno zepsuć, takie mam motto.

Dobre motto i chroni Pani siebie. Wiele kobiet zapędza się w ślepy zaułek, tylko one zajmują się dziećmi. Już nawet nie potrafią inaczej.
Nie mam wyrzutów sumienia, kiedy zostawiam chłopców i wychodzę ze znajomymi. Może dodam, już nie mam. Wolę spędzić te dwie godziny, czy nawet i godzinę na totalnej zabawie z dzieciakami, dać im wtedy z siebie sto procent, niż siedzieć na straży mojej gromadki cały boży dzień, ale za to nabzdyczona, sfrustrowana, że w kółko mi bzyczą nad głową. Siedzieć i tak naprawdę odliczać czas do momentu, kiedy wreszcie pójdą spać. Przyznam się, że nie zawsze to są wyjścia ze znajomymi, bo lubię czasem przejść się do Biedronki i tam, krążąc wśród regałów, poczytać etykiety, przestudiować w skupieniu skład szynki czy pasztetu. Nie myśleć o niczym innym. Śmieszne? Dla mnie to terapia, wyłączam się. Wychodzę z domu, mówiąc mężowi: Możesz do mnie zadzwonić, o ile wybuchnie pożar! I wracam spokojna.

Sześcio-, pięcio- i dwulatek trzymają ze sobą sztamę?

Bardzo się kochają. Odwiedziła mnie niedawno koleżanka, siedzimy, rozmawiamy i w pewnym momencie ona pyta: A gdzie jest Krystian z Fredziem? No jak to, bawią się w swoim pokoju klockami. – To ty ich zostawiasz samych w pokoju, moi by sobie głowy pourywali – była autentycznie zaskoczona! Moje dzieci się nie biją, za to przytulają, mówią sobie: kocham cię, braciszku. Oczywiście, że zdarza się, że któryś biegnie do mnie z krzykiem: mama, a on mi powiedział… Ale wychowujemy ich z Olivierem w jednym duchu, cokolwiek się stanie, macie trzymać sztamę i dogadywać się ze sobą. Bo są koledzy, ale za chwilę może ich nie być. Tak samo rodzice. Nie musicie zawsze się uwielbiać, ale macie szanować. Obaj starsi chłopcy mają świra na punkcie małego. Najgorsze są soboty. Wstają wcześnie i już od siódmej rano słyszę: możemy obudzić Juliana? Protestuję, bo chcę jeszcze pospać, więc czekają pod drzwiami nasłuchując, kiedy Jujuś wstanie. I zaczyna się: Jujuś kochasz mnie, a mnie kochasz… A jeszcze rok temu najczęstszym imieniem, jakiego wobec niego używali, było: MamoWeźGo. Rozumiałam, bo wchodził im w klocki niczym filmowa Godzilla. Dziś największy szał jest, kiedy idę z Julkiem po chłopców do przedszkola i do szkoły. Większego szczęścia nie ma.

Co to za szkoła, Montessori, waldorfska?

Ile razy usłyszałam od moich koleżanek celebrytek, że zmarnowałam Fryderykowi przyszłość, zapisując go do państwowej podstawówki na Pradze! Na wieść o tym, że Fredzio był ze mną w Lidlu po szkolną wyprawkę, zaczynały się lamenty – co ja robię!? A mnie się wydaje, że robię mądrze. Mój syn chodzi do szkoły na Pradze, ma mieć piórnik za 300 złotych? Nie, kupimy świetny za złotych dziesięć, taki sam, jaki ma większość kolegów z klasy. Z klasy, do której chodzi z Romami. I ta romska rodzina jest fantastyczna, mają ośmioro dzieciaków, kochają się bardzo. Widzę to, bo wciąż na siebie trafiamy, a to na dzielnicowym bazarku, placu zabaw… I nie dam sobie wmówić, że źle wybrałam. Zapewniam swoim dzieciom najlepsze, co mogę. Muszą znać litery, ale przyłożyć komuś też. Jesteśmy w końcu z Pragi, z miejsca z tradycjami. (śmiech)

Szkoła to też czas dorastania dla rodziców, często po raz pierwszy muszą zmierzyć się z myślą, że ich dziecko nie będzie w czymś najlepsze.
Dla mnie szkoła jest wyzwaniem. Mój najstarszy syn poszedł do niej jako sześciolatek. Nie płaczę nad tym. Już w przedszkolu pisał i czytał, ale tam nie było obciążeń. A tu są sprawdziany, z ocenami opisowymi, ale dzieciaki doskonale się orientują, które dało radę, a które nie. Na razie Fryderyk naprawdę dobrze sobie radzi, ale ja już myślę, co będzie, kiedy skończy się trzecia klasa i zacznie poważna historia. Podoba mi się ta państwowa szkoła ze świetną dyrektorką i nauczycielami, ale muszę jeszcze pogodzić się z tym, że wypuszczam swoje dziecko w inny świat. A w nim nie ma już pani, do której można się w trudnej chwili przytulić, brak leżaczków, na których można się ułożyć, gdy przyjdzie zmęczenie. Są za to obowiązki do wypełnienia – trzeba pamiętać, by przynieść coś na zajęcia, odrobić lekcje… Patrzę, jak to beztroskie dzieciństwo się kończy, to trudne.

Mam wrażenie, że Pani zna remedium na wszystkie kłopoty. Poza byciem mamą na trzech etatach prowadzi Pani świetny program poradnikowy w telewizji.
„Na kłopoty… ABC” – czeka na swój piąty sezon. Jestem dumna. To jedna z fajniejszych rzeczy, jaka mi się przytrafiła. I nie mówię tylko o doświadczeniu zdobywanym przed kamerą. Mam wielką satysfakcję, kiedy ludzie podchodzą na ulicy z podziękowaniami za ten program, który nie mówi im o tym, jaki kupić kocyk, tylko o sprawach ważnych. Mierzeniu się z chorobami, z wyzwaniami, przykładowo z adopcją, ale i brakiem środków do życia. Zapraszam rodziców, blogerów, specjalistów, lekarzy i nie ma tematów tabu.

I nie boi się Pani zadawać pytań, jak choćby komornikowi ściągającemu alimenty.
To był bardzo dystyngowany pan, usiadł spokojnie na kanapie, zapaliły się lampy i wtedy usłyszał: „No, dobrze Darek, to teraz opowiedz mi, jak ludzie chcą cię na te alimenty oszukać”. Kompletnie go swoją szczerością rozbroiłam. Wywiązała się mocna, fajna rozmowa, a przy tym bardzo merytoryczna. Mam poczucie, że jestem mamą, która w imieniu wszystkich rodziców ma szansę zapytać o to, o co oni być może nigdy nie będą mieli okazji. Wiedza, jaką wynoszę ze studia, jest bezcenna. To moje pierwsze tak znaczące doświadczenie telewizyjne. Proszę wybaczyć kolokwializm, ale usiąść i czytać z kartki to i małpę nauczysz. A ja dziś potrafię prowadzić rozmowę, na te łatwe, ale i na trudne tematy. Marzy mi się jeszcze jakiś inny związany z dzieciakami program w telewizji. Kocham tę pracę.

A ja zapytam, kiedy Pani czuje się kochana?

Miałam dziś ciężką noc, synek właśnie przyszedł do mnie z bolącym zębem i już widzę, że trzeba będzie jechać do dentysty. Jestem zmęczona, w stresie, w biegu, a wtedy mąż mówi: – Jaka ty jesteś piękna. I mam ochotę odpowiedzieć mu szybko: – Kup sobie okulary! Ale po sekundzie refleksji mówię tylko do siebie w duchu: – Kochanie, nigdy ich nie kupuj. I czuję jego miłość. Kiedy podczas pierwszej ciąży miesiącami leżałam w szpitalu, przychodził codziennie. Miałam 26 lat i zyskałam przekonanie, że mogę na nim polegać, cokolwiek się nie stanie, będzie obok. A potem szczęśliwie wróciłam do domu z naszym synkiem. Olivier tak pięknie przygotował wszystko, łóżeczko dla małego. A ja weszłam za próg, usiadłam i zaczęłam płakać, mówiąc: – I co my teraz zrobimy? Odpowiedział: – Damy radę. I wciąż dajemy. Choć nie będę naszego życia pociągać lukrem i opowiadać, że zawsze jest słodko i różowo. Jest najpiękniej, bo prawdziwie.

rozmawiała:Monika Berkowska

zdjęcia: Krzysztof Opaliński

makijaż: Agnieszka Janczyk

stylizacja: Kapphal i Apart

karolina 4

karolina 2

karolina 3