A oto wywiad przeprowadzony z nami przez Agnieszkę Jastrzębską dla magazynu „Apart”.

Ona – top modelka, która pracowała dla największych domów mody, od Chanel po Pradę. On – jeden z najpopularniejszych dziennikarzy i prezenterów w Polsce. Razem stanowią najbardziej stylową parę w polskim showbiznesie.
Teraz, wraz z trójką swoich synów i małą przyjaciółką rodziny, pojawili się w najnowszej świątecznej kampanii Apart.

Jak to jest być ulubioną parą Polaków?

Karolina: Nie mam pojęcia. A skąd wiesz, że jesteśmy?

Bo od prawie 20 lat pracuję w mediach i wiem, kogo czytelnicy i widzowie kochają. I nic dziwnego – trudno znaleźć w naszym show-biznesie drugą tak piękną, fajną parę, do tego z takim stażem. To rzadkość!

Karolina: Myślałam, że ludzie lubią tylko pięknych, młodych i bezdzietnych. (śmiech)

Olivier: Czyli pod żadnym względem się już nie łapiemy. (śmiech)

A ja myślę, że ludzie wyczuwają, że jesteście prawdziwi, że nie ma w tej Waszej miłości kalkulacji. Jesteście symbolem piękna i trwałości w dzisiejszym zwariowanym świecie.

Olivier: Jeśli tak nas odbierają ludzie, to bardzo miłe. To przecież nie jest tak, że siedzimy sobie w domu i myślimy: O Boże! Jesteśmy tacy fajni!

Karolina: Śmiejemy się, że u nas wszystko jest tak jak Pan Bóg przykazał – czyli nudno. Najpierw ślub, potem dzieci. Myślę, że w dzisiejszym świecie, który pędzi, w którym tak szybko wszystko się zmienia, warto promować wartości, które są stałe, takie jak uczucie, rodzina.

Myślicie że to Wasza zasługa, że Wasz związek jest tak trwały, czy po prostu mieliście szczęście, że trafiliście na siebie?

Karolina: O szczęściu możemy mówić dlatego, że się spotkaliśmy, ale związek jest czymś, nad czym trzeba pracować.

Kto bardziej scala to małżeństwo?

Karolina: To nie tak, że tylko jedno z nas jest sznurówką, która wiąże nas ze sobą. Łączymy się świadomie w każdym działaniu. Z drugiej strony wiele rzeczy w naszym życiu działo się chyba w odpowiednim momencie. W punkt. Na przykład, po siedmiu latach, kiedy wszystkie teorie mówią o tym, że powinien przyjść kryzys, ja urodziłam dziecko. Automatycznie wskoczyliśmy w naszej relacji na nowe tory. I ciągle jest coś nieznanego, co scala jeszcze bardziej.

A zdarza się, że u Was iskrzy, że potrafisz męża postawić do pionu? (śmiech)

Karolina: Jak zasłuży. (śmiech) Potrafię tupnąć nogą. Nie raz. Olivier podobnie, kiedy mi się należy, chociaż mi się należy rzadziej. (śmiech)

Olivier: To chyba inaczej definiujemy słowo „rzadko”… Ale rzeczywiście, bez dyskusji, drobnych sprzeczek nie ma progresu i rozwoju partnerstwa. Bo w tym wszystkim trzeba się jeszcze lubić i szanować. To jest najważniejsze.

Karolina: Ale nie jest tak, że u nas jest ciągle różowo i latają po domu motylki. Talerz też czasem poleci. (śmiech)

Olivier: Ja nie wiem, o czym mówisz, UFO u nas nigdy nie widziałem.

Karolina: Całą sztuką w małżeństwie jest wiedzieć, kiedy ustąpić. My jesteśmy bardzo różni, ale jedno nas łączy. Dla nas zawsze najważniejsza była rodzina. I to jest coś, co wynieśliśmy z domu. I to jest kompas, który nie pozwala się zgubić. Jak wychodzę z wielkiej gali, w samochodzie zdejmuję szpilki, wkładam trampki i jadę do domu sprawdzić, czy chłopcy mają spakowane plecaki albo uprasować im ubrania na drugi dzień.

Czy wśród przyjaciół też uchodzicie za wzorową parę?

Karolina: Fakt, koleżanki pytają, jak to robię, że tak długo jesteśmy razem. Ale, tak szczerze, chyba nie ma złotej recepty. W dzisiejszych czasach coraz częściej funkcjonujemy w samozachwycie. Za bardzo siebie samych lubimy, żeby być z kimś. Nie jesteśmy skłonni do kompromisów, ustępowania. Coraz rzadziej decydujemy się na małżeństwo. Jak coś pójdzie nie tak, można wtedy trzasnąć drzwiami i po prostu wyjść.

Olivier: Tylko co później? I jak? I z kim? Po dwóch latach „idylli” z nową osobą, po etapie zauroczenia i nowej chemii, wszystko wraca do tego samego momentu, gdzie trzeba szukać, starać się i dopracowywać. Jak to moja szanowna małżonka mówi: „po dwóch latach skarpetki pachną tak samo. Źle”. Więc dobrze jest zadać sobie pytanie, czy nie warto się starać i z odrobiny siebie jednak zrezygnować.

Wy przekonaliście się, że możecie na siebie liczyć. Przechodziliście razem różne chwile: dobre i złe. Niewiele osób wie, że pierwszą ciążę Karolina prawie przypłaciła życiem. Że przed operacją, zanim urodziła Fryderyka, lekarz kazał Olivierowi pożegnać się z żoną…

Karolina: Leżałam w szpitalu wiele, wiele, wiele tygodni, zanim urodził się Fryderyk. Miałam czas na przemyślenia. Wszystko się mogło zdarzyć. Możliwe było, że tego dziecka nie będzie, jak i możliwe było, że i mnie nie będzie. Ale ten egzamin zdaliśmy.

Olivier: Trzy razy dziennie do szpitala, z jedzeniem, dobrym słowem, wsparciem. I wieczorem, już niby w domu, ale na telefonie, więc z głową w szpitalu, bo trzeba było być mentalnie obok Karoliny. Nie tylko te miłe chwile, piękne i wzniosłe, łączą. Trudne doświadczenia też budują.

Jak Ty i Olivier zareagowaliście wtedy, w szpitalu, kiedy lekarze mówili, że sytuacja jest krytyczna?

Olivier: Nie pamiętam dokładnie, nie skupiam się na takich emocjach. Jesteśmy sześć lat później i zamiast jednego mamy trzech synów. Na pewno wtedy było zamieszanie, trochę krzyków na profesorów, lekarzy, ale oni spanikowanych rodziców „przerabiają” często. Najgorsze w takiej sytuacji jest to, że sam nie możesz nic zrobić, jesteś zależny od innych – ich wiedzy, czasu i zaangażowania.

Karolina: Jak już urodził się Fryderyk, ja długo byłam nieprzytomna, bo to była ciężka operacja. Ale dobrze pamiętam moment, kiedy Olivier przyszedł do mnie i opowiadał mi, że jest synek, jaki jest wspaniały, a ja widziałam wtedy, jak bardzo on się o mnie martwi, a nie o dziecko. Oli też mi bardzo często mówi, że jestem dobrą mamą. To dla mnie ważne.

Właściwie wychowanie chłopców wzięłaś na siebie.

Karolina: To są moje dzieci, więc kto ma je wychować?

Olivier: No ja też trochę pomagam (śmiech), a nawet mam wrażenie, że bardzo. Sporo podróżuję, często mnie nie ma w domu ze względu i na pracę w TVN, i na dodatkowe zajęcia – konferencje, wydarzenia, które prowadzę, więc rzeczywiście, na Karolinie najwięcej obowiązków rodzicielskich się skupia. Pełen dla Niej za to podziw i uznanie.

Karolino, mogłaś przecież powiedzieć „OK, urodziłam dzieci, ale teraz to ja chcę robić karierę, więc zatrudniamy armię niań”…

Karolina: Ja jestem w tej komfortowej sytuacji, że już jedną karierę w życiu zrobiłam. Nie mam kompleksów, wiem, że dużo osiągnęłam. Gdybyś mnie zapytała, czy byłam dobrą modelką – bez fałszywej skromności odpowiem, że byłam bardzo dobrą modelką. Nadal mam marzenia, cele. Pewnie, że bym chciała robić jakieś fajne rzeczy, rozwijać się, ale czy te marzenia się spełnią? Zobaczymy. Z drugiej strony, na co dzień dzieje się wiele rzeczy, z których mogę być dumna. Dzisiaj byłam na zebraniu w szkole u mojego najstarszego syna, usłyszałam o nim tyle pochlebnych słów – to jest najważniejsze. Wtedy sobie myślisz, że już nie warto myśleć o sobie. Moje spełnienie życiowe dopełnia się w tych małych facetach. Mimo zmęczenia i całej reszty, którą zna każda mama.

U Was, jeśli chodzi o karierę, jest dość zabawna równowaga. Kiedy się poznaliście, Ty byłaś międzynarodową gwiazdą, top modelką, która robiła zawrotną karierę na świecie, Olivier dopiero stawiał pierwsze kroki w telewizji. Teraz role się odwróciły.

Karolina: Zawsze jest tak w rodzinie, że ktoś pracuje więcej. Oli ma teraz bardzo dobry czas i mam nadzieję, że będzie jeszcze lepszy, bo to jest bardzo zdolny człowiek – nie tylko jako prezenter, dziennikarz. Udowadniał niejednokrotnie, że na innych polach też doskonale sobie radzi, robi masę ciekawych projektów. Myślę, że poniekąd dlatego wybór Apart padł na nas. To było duże zaskoczenie.

A moim zdaniem trudno o bardziej oczywisty wybór. Jesteście glamour, a jednocześnie zanurzeni w prawdziwym życiu. I przy tym wszystkim, w sumie, jesteście też bardzo tradycyjną rodziną.

Karolina: To prawda. My nawet mieszkamy wielopokoleniowo, z moją mamą i babcią.

I do tego kwitnące kariery. Piękni, zakochani i wszystko się Wam udaje. Nie za dużo tego szczęścia?

Olivier: Doceniamy to, co mamy. Myślę, że zachowujemy równowagę, bo mając świadomość, że mamy dużo, dużo też oddajemy.

Olivier od lat organizuje, między innymi, akcję charytatywną Dżentelmeni, Ty angażujesz się w masę projektów, gdzie pomagasz potrzebującym, sama organizujesz też wśród gwiazd świąteczną zbiórkę pieniędzy na prezenty dla biednych rodzin.

Karolina: Wiesz, że nie bardzo lubię o tym trąbić w mediach. Ale skoro pytasz, to nie mam problemu, żeby o tym powiedzieć. Tyle że ja od gwiazd wymagam znacznie więcej niż to, żeby dali pieniądze. Bo zawsze chcę, żeby oni sami kupili wymarzony prezent dla konkretnego dziecka. Uwierz mi, że czasem znacznie prościej jest wziąć te pieniądze, ale mi zależy na tym, żeby ich zaangażować głębiej w tę pomoc. Wygląda jednak na to, że oboje z Olivierem umiemy to robić. (śmiech)

Olivier: Skutecznie i ludzko, po prostu. Nam się udaje w życiu. Nie wszyscy są przebojowi, zaradni, mają tyle szczęścia. Trzeba się podzielić, angażując, namawiając innych. Ludzie chcą pomagać, jednak często nie wiedzą, jak się za to zabrać. My pokazujemy, jak robiąc coś dla siebie, pomagamy innym. Rozwijamy się przy tym sami artystycznie, bo zawsze staramy się dopilnować projekty, aby były jak najpiękniejsze jakościowo. Jesteśmy skuteczni, bo Karolina ponad dwieście dzieci rokrocznie z przyjaciółmi czyni szczęśliwymi na Święta, a Kalendarz Dżentelmeni przez 9 lat to już osiem milionów złotych przekazanych rozmaitym fundacjom.

Jesteście o siebie zazdrośni?

Karolina: Może nie cały czas, bo to byłoby chore, ale ciągle mam momenty, że jestem o mojego męża zazdrosna. On – myślę, że też. Faceci chyba mają taki mechanizm, że lubią, kiedy ich kobieta podoba się innym mężczyznom. Ale myślę, że tu nie ma obaw. No bo kto mnie weźmie, z trójką dzieci?! Albo jego? (śmiech)

Olivier: Kochanie, nie deprecjonujmy siebie jako wartości samej w sobie. (śmiech)

A może tak jasno stawiacie granice, że nikomu nie przyjdzie do głowy, żeby Was podrywać?

Karolina: Rzeczywiście, mamy ten komfort, że ludzie wiedzą, że ja mam męża, a on ma żonę. A poza tym, jak nie dajesz przyzwolenia na pewne rzeczy, jeśli czegoś nie chcesz, to one się po prostu nie dzieją.

Wy bardzo szybko wiedzieliście, że chcecie być razem. Jak to się zaczęło?

Karolina: Oli robił ze mną wywiad. Potem ja wróciłam do Nowego Jorku i nie mieliśmy kontaktu przez dwa lata. A w końcu zadecydował przypadek. Miałam koleżankę Olę, której  mama bardzo chorowała, wysłałam jej SMS z pytaniem, jak się czuje mama. Tyle że zamiast do Oli, wysłałam ją do Oliviera. I on do mnie zadzwonił. To było tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Umówiliśmy się w Wigilię w Łodzi. Poszliśmy do Hotelu Grand na Piotrkowskiej na herbatę. To było 13 lat temu. I tak jesteśmy razem do dziś.

 

Ślub wzięliście po trzech miesiącach znajomości. Nie mieliście wątpliwości, że może za krótko się znacie?

Karolina: Mnie się wydaje, że cały nasz sukces polegał
na tym, że my się właśnie za długo nie zastanawialiśmy. (śmiech) Może dlatego do dziś jesteśmy razem. Ja przecież na początku naszego małżeństwa jeszcze cały czas wyjeżdżałam do Nowego Jorku, Paryża, Mediolanu. Mieliśmy okazję za sobą zatęsknić. To jest prawdziwa miłość. Wtedy, kiedy się nawet nad tym nie zastanawiasz.

Jak wyglądały Wasze zaręczyny?  

Olivier: Siedzieliśmy w domu, który wynająłem na weekend i graliśmy w taką grę, że ze szklanego naczynia wyciągało się karteczki z pytaniami.

Karolina: My się przecież wtedy dopiero poznawaliśmy. I było tam pytanie odnośnie ślubu, co o tym myślisz. A Oli na to: „a może weźmiemy ślub?”

I wyjął pierścionek zaręczynowy?

Karolina: Nie, to było trochę później, bo Olivier sam go zaprojektował. Jest wyjątkowy. To niedomknięte
koło, z jednej strony zakończone diamentem.
Pamiętam, jak na początku pomyślałam, co to ma oznaczać. Czy chce mi jakąś furtkę zostawić? (śmiech) Ale pamiętam też inny pierścionek, zresztą z Apart, który dostałam, gdy urodził się Fryderyk. Przepiękny, z białego złota, z dużym diamentem.

A obrączki? Widzę, że nie nosicie…

Olivier: Ja nigdy nie nosiłem…

Karolina: On nie lubi. Ja za to nosiłam obrączkę przez 12 lat. Zdjęłam ją właśnie do zdjęć do kampanii Apart. I teraz nie jestem w stanie jej włożyć. Próbuję codziennie, ale jeszcze się nie udało. Może to znak, że powinniśmy sprawić sobie nowe obrączki w Apart. (śmiech)

A jak zareagowaliście na propozycję Apart, żebyście zostali ambasadorami marki i wystąpili w świątecznej kampanii?

Oliver: To nie jest przypadkowa firma. To przede wszystkim firma rodzinna. No i nie ma co ukrywać, bardzo prestiżowa marka, która od lat ma fantastyczne, jakościowe kampanie z wyjątkowymi osobowościami. Więc dla nas ta propozycja była naprawdę wyróżnieniem.

Karolina: Dla mnie to też był taki bardzo przyjemny powrót do przeszłości. Do czasów, kiedy pracowałam jako modelka. Spotkałam się znowu na planie z Marcinem Tyszką – my się znamy od 15 lat, robiłam z nim swoje pierwsze sesje. On też wtedy zaczynał. Najlepsza polska stylistka na planie, Agnieszka Ścibior, czego chcieć więcej?

A jak czuliście się razem na planie zdjęciowym?

Karolina: Świetnie. Zadbała o to produkcja. Komfort pracy i ekipa była mistrzowska, a i my generalnie dobrze się ze sobą czujemy. Rodzina się nam też na planie powiększyła. Oprócz synów, miałam i córkę, Tosię. Dzieci przez trzy dni miały świetną zabawę. Oczywiście najtrudniej było wytłumaczyć, dlaczego w lipcu jest choinka. (śmiech)

Olivier: Jesteśmy małżeństwem, mamy trójkę megafajnych dzieciaków, spełniliśmy też marzenie córeczki naszych najbliższych przyjaciół o byciu modelką. Mam wrażenie, że tę radość, szczęśliwą rodzinę, prawdę, szczerość bez trudu każdy dostrzeże w kampanii. O takie emocje chyba chodzi nam wszystkim. Nie tylko na Święta.

Rozmawiała Agnieszka Jastrzębska