Jak chyba każdy uwielbiam Boże Narodzenie. Mikołaja, śnieg, prezenty…nawet kolejki po karpia uwielbiam. Kiedy przychodzi późna jesień z wielką ekscytacją czekam na ten moment, kiedy bezkarnie będę mogła słuchać w swoim samochodzie „Let it snow” w wykonaniu Deana Martina… Ach Święta. Odkąd pojawili się na świecie moi synkowie nabrały one jeszcze większej magii. Czekamy na rodzinne spotkania, na zimowe wieczory przy herbatce, coroczne pieczenie pierników świątecznych (mam przepis od mojej ukochanej gospodyni Kamili Szczawińskiej;-). I jak głosi slogan reklamujący drugą część „Listów do M”, też czekam na listy… A raczej na pisanie ich z dziećmi. Bo tak, wierzymy w Świętego Mikołaja i wcale się tego nie wstydzimy. 😉

Ale z roku na rok coś się zmienia. Dzieje się coś niedobrego. Jeszcze nie zdążyły zgasnąć światełka pamięci na grobach naszych bliskich, a już z reklamy drze się do dzieci Święty Walnięty „Chcesz te prezenty?!!!”. W sklepach półki uginają się od świątecznych rzeczy. Bombek, stroików, świeczek ( w jednym ze sklepów widziałam już ozdoby miesiąc temu). A za oknem nadal jesień… Żółć, czerwień, spadające liście. Podejrzewam, że Mikołaj nawet jeszcze nie wypastował butów, ani nie podkuł reniferów.

Atmosfera świąt… To co się dzieje na sklepowych witrynach w listopadzie, dalekie jest od mojego wyobrażenia o tym jak powinno to wszystko wyglądać. Bo Święta to dobry biznes, jak słyszałam w Polsce to już 1/5 całorocznego utargu, na świecie 1/3!!! Kupujemy, przebieramy i nakręcamy tę machinę konsumpcjonizmu bez sensu, bez przesłania, bez zadumy.

To nie tak, że nie lubię buszować wśród świątecznych ozdób, bo lubię. Bardzo lubię. Ale jeszcze nie teraz. Ja jeszcze chcę jesień. Nie chcę żeby moje dzieci zwariowały! Chcę żeby oczekiwały na te wyjątkowe dni tak jak ja, kiedy byłam mała. Z taką ekscytacją, dziecięcymi pragnieniami i gęsią skórką na dźwięk dzwoneczków.

I czy my w tym całym zamieszaniu naprawdę myślimy o duchu Bożego Narodzenia? O tym, że dzieje się coś ważnego? Że każdego grudnia możemy jako Chrześcijanie uczestniczyć w narodzinach miłości dobra pod postacią Dzieciątka Jezus? Czy wrzucając do koszyka kolejne rzeczy z bombkami, naprawdę pamiętamy o co w tej magii chodzi?

Nie dajmy się zwariować. Ani my, ani nasze dzieci. I choć wzięliśmy już udział w kilku Bożonarodzeniowych projektach, to te prawdziwe przygotowania w domu zaczniemy znacznie później…

Wiecie co ja robię? Mam w domu tak starą rzecz, jak kalendarz adwentowy. Znacie? Pamiętacie?

Nasz ma postać konia, ciągnącego wóz wypełniony szufladkami. Adwent, cztery niedziele… Czas, jaki odliczamy do 24 grudnia. Do Wigilii Bożego Narodzenia. W tym roku w te szufladki powkładam zadania na każdy dzień. Będą to polecenia dla nas i dla dzieci…np. codzienne czytanie fragmentu Biblii dla najmłodszych, aby rozumieli co świętujemy. Albo pieczenie ciasteczek, robienie łańcuchów. Listy do Mikołaja napiszemy jak co roku 6 grudnia. Spokojnie, będzie miał dużo czasu i na pewno zdąży przynieść nasze wymarzone rzeczy. W końcu niech najpierw ma swoje święto. Jemu też się należy.

Bo przez te trzy tygodnie naprawdę zdążymy się przygotować i poczuć tę magię. W sercach i na wystawach…

Jeszcze trochę. Jeszcze tylko 27dni i zaczynamy!

A Wy? Co myślicie o przedświątecznej pogoni nie wiadomo za czym? Mój brat nazywa to wczesnoświąteczną sraką i chyba ma rację…

12207784_10153710710735419_851076536_n