Są i takie dni, kiedy życie daje Ci pstryczka w nos. Na coś liczysz, snujesz plany. Dążysz do czegoś swoją pracą, determinacją. Nie narzucasz się. Siedzisz grzecznie i chcesz aby to Twoje umiejętności przemawiały w Twoim imieniu. Powoli. Cichutko… Ja dziś takiego pstryczka dostałam. Kopniaka właściwie. Miało zaboleć. Zabolało. Ale i dało „kopa na rozpęd”. Praca. Kariera. Spełnienie, wszystkie te aspekty życia są dla mnie ważne i nie wstydzę się do tego przyznać. A tymczasem sens tej pogoni jest zupełnie w innym miejscu…

Dziś mija rok od śmierci Anny Przybylskiej. Nie było mi dane Jej poznać osobiście. Jak większość „znałam Ją” z gazet, okładek, filmów, programów. Była piękną kobietą i chyba też pięknym człowiekiem. Żona. Matka. Była też Gwiazdą, choć o tym mówiła najrzadziej. Tak jakby się trochę wstydziła przed tym światem, który dla Niej zwariował. Uwielbiałam Jej słuchać. Śmiać się z Jej dystansu do show biznesu. Podziwiałam to, jak mówi o rodzinie, o tym co naprawdę ważne. Reszta to bańka mydlana. I Ona o tym wiedziała… Potrafiła ją przekuć, bez żalu.

Tak mnie dziś naszło. Ja snująca plany, mająca marzenia. Listy z punktami do zrealizowania. Ja szukająca spełnienia, dążąca do celu. Wszystko fajnie, bo to wszystko tworzy właśnie mnie. Dziś jednak wiem jedno, sens mojego życia biega po domu udając trzech ninja, a ten najstarszy dzieli ze mną każdą chwilę…

I w taki dzień jak dziś, kiedy łzy same cisną się do oczu, myślę sobie – życie jest piękne. I jedno…

 

2a7fce90-cfee-11e1-b05f-0025b511226e