Nie, ten wpis wcale nie będzie dotyczył „Krainy Lodu”, choć posłużyłam się w tytule cytatem z najsłynniejszej piosenki z tej bajki. Bo mój dzisiejszy dzień to zupełnie inna bajka. I moc też inna.

2 maja to nie tylko Dzień Flagi Państwowej, ale także (a dla niektórych przede wszystkim) Międzynarodowy Dzień Star Wars czyli po naszemu Gwiezdnych Wojen. Z tej okazji wyruszyłam wraz z Potworzakami sztuk dwie w składzie Fryderyk i Christian do Fortu Sokolnickiego. Tam właśnie odbywała się impreza z licznymi atrakcjami dla dzieci i dorosłych. W zeszłym roku, też próbowaliśmy się na nią dostać, ale przeogromna kolejka nas wystraszyła. Wiedząc, więc jak się sprawa mieć może przed wyjściem zapakowałam wałówkę w postaci owoców, oraz kanapek z pasztetem drobiowym i ruszyliśmy na przystanek tramwajowy. Oczywiście Potworzaki dzierżyły w rękach miecze świetlne jak prawdziwi rycerze Imperium. Powiem Wam szczerze, że mnie te gwiezdne historie nigdy nie pociągały, ale jak się ma trzech synów, to muszą zacząć. Kojarzę Vadera, Yodę, Hana Solo i Jabę. R2D2 (ten co wygląda jak pralka Frania po tuningu) i C3PO. Była jeszcze laska ze słuchawkami z włosów,  księżniczka Leia. Koniec.

Jechaliśmy dokładnie 16 przystanków. Potworzaki były bardzo grzeczne, co dawało mi nadzieję na dość bezproblemowe przeżycie tego dnia. Dotarliśmy na miejsce. Mieliśmy dużo szczęścia, bo pogoda była wyśmienita! Kolejkę do gwiezdnych uciech wypatrzyliśmy od razu, niestety wypatrzenie jej końca było niemożliwe. Ale ok. Przyjechaliśmy to wejdziemy! Nic nas nie złamie! Szliśmy i szliśmy i szliśmy, aż dotarliśmy na koniec długiego postoju. Ostatni stali dwaj młodzi mężczyźni. Zapytałam więc grzecznie czy obserwują jakiś progres w ruchu kolejkowym? Podobno tak, więc i my stanęliśmy. I się zaczęło. Ten chce siku, ten na plac zabaw. Ten nie da rady stać, a ten chce watę cukrową! A ja chcę iść do domu i mieć święty spokój! W głowie wyśpiewałam sobie „Mam tę moc! Cholera jak ja mam tę moc!” i postanowiłam ogarnąć to jak na wzorową matkę przystało. Mega fajnych gości przede mną poprosiłam o zajęcie kolejki, żebym mogła iść z Potworzakami po cukrową pajęczynę na patyku. Żeby nie było- oddałam chłopakom przysługę w postaci postawienia każdemu z nich po pół litra na głowę wody czystej (nie ognistej), bo chciało się im pić. Dobra. Załatwione. Kolejka po watę była jeszcze wolniejsza niż ta do wejścia na imprezę, ale i tu się nie poddaliśmy. Ciekawa jestem za to kiedy facet od waty się poddał, bo ręce musiał mieć mega zmęczone. Kręcił i kręcił. Minimalna zawartość cukru w cukrze w postaci waty kosztowała mnie 12 zeta , pół godziny stania i dwie wody dla chłopaków z kolejki. Wróciliśmy na miejsce. Radość z jedzenia waty opadła równie szybko, co endorfiny po szybkim wchłonięciu cukru. 12 złotych psu w dupę, a raczej mnie w dupę, bo trochę tej waty (no może więcej niż trochę) dojadłam. Hej! Nie wolno wyrzucać jedzenia! Sami wiecie 😉 Chłopcy z wielką radością za to wchłonęli kanapki z pasztetem ku zazdrości innych dzieci. Dobra. Po posiłku i umyciu się mokrymi chusteczkami przyszedł czas na walkę na miecze świetlne. Oczywiście prawie wszystkie dzieciaki miały te plastikowe maszyny śmierci, więc mieliśmy prawdziwą wojnę. Na szczęście nikt nie ucierpiał. Potworzaki miały przynajmniej zajęcie.

Kiedy wychodzisz sama z dwójką dzieci na jakąś imprezę masową możesz być pewna dwóch rzeczy : 1. Żaden z nich nie będzie chciał stać w kolejce. 2. Żaden nie będzie chciał później iść do domu. Samej trudno mi uwierzyć w to, co piszę ale nie mogę narzekać na Potworzaki, byli naprawdę grzeczni. No może do pewnego momentu… Ale o tym później. Kolejka posuwała się i posuwała. Miło sobie gawędziłam z poznanymi chłopakami z przodu i rodzinką za mną. W międzyczasie biegałam oczywiście za Christianem i Fredziem, żeby się nie zgubili. Na szczęście Panowie stojący przed nami byli na tyle wyrozumiali, że nie mieli problemu z tym, że oni stoją, a ja biegam. Panowie, jeśli to czytacie to bardzo Wam dziękuję. Moc była z Wami! A Wy z nami! Bez Was by się nie udało!

Po dwóch i pół godzinach stania w końcu udało nam się wejść do środka. Nie pytajcie czy było warto. Dla mnie niekoniecznie, ale jak patrzyłam na mega zadowolone miny Potworzaków stwierdzam, że tak. Wśród atrakcji czekały na nas: gry, wystawy z klocków Lego, księgarnia, budowanie z klocków. Sprawdzanie potęgi umysłu (na wszelki wypadek to ominęłam. Po po dwóch i pół godzinach moja moc mnie opuściła, a zastąpił ją potworny ból…wszystkiego). Fajny był pokaz walki rycerzy Jedi i możliwośc uczestnictwa w takim treningu, oraz walka z samym Lordem Vaderem. Niestety nie udało nam się z tego skorzystać, ale patrzyliśmy z zazdrością… Nie wiem, no naprawdę nie wiem co ci źli chłopcy mają w sobie, ale Lord Vader jakoś najbardziej przypadł mi do gustu ;-). Pokręciliśmy się trochę, chłopcy dostali w prezencie plakaty i wyszliśmy. Byłam pewna, że kolejka się zmniejszyła, ale nie. Była jeszcze dłuższa. Misja spełniona. Idziemy do domu… Nic bardziej mylnego, kiedy już myślałam, że jesteśmy po dobrej stronie mocy okazało się, że „Imperium Kontratakuje” i nastąpiło „Przebudzenie Mocy” a nade mną unosiło się „Mroczne Widmo” zabawy na placu zabaw. Zmęczona. Bez mocy, bez miecza świetlnego, bez żadnej kanapki z pasztetem uznałam wyższość Imperium. Miałam wrażenie, że na tym placu są miliony dzieciaków. Jeden przez drugiego pchają się, krzyczą, ryczą. Taki „Atak Klonów”, bo wszystkie w koszulkach Star Wars i czapeczkach z Biedronki z Lordem Vaderem (tak, moje też). Dobra. Z przerażeniem patrzyłam jak Fredzik wspina się na jakąś mega dziwną zjeżdżalnię, do której prowadzi milion sznurków. 50 metrów dalej miałam Christiana biegającego między innymi dzieciakami, który nie mógł się zdecydować na czym ewentualnie rozwali sobie łeb. I weź teraz Ty jako matka zadecyduj za którym pobiegniesz. Dobra. Trzeźwa ocena sytuacji wyglądała tak: a) Pod mega niebezpieczną zjeżdżalnią tłum tatusiów, więc jakby co któryś Fredzia zdejmie. b) Zanim on tam wejdzie ja już wrócę z Christianem. c) W tym tygodniu wypadły mu obie jedynki, więc żadnej sobie nie wybije. Dobra. Poleciałam za młodszym. Nienawidzę weekendów na placu zabaw!!! Dobra! Wyszliśmy z domu o 11.30, jest 17.00 zarządziłam, więc odwrót. Obaj oczywiście mieli inne plany, Fredzio jakoś to przeżył. Christian jak to Christian z planety Christianofus przez całą drogę jęczał i płakał, że on chce więcej i więcej na placu zabaw. Boże… Jak ja bym też chciała się pobawić. Tak jak kiedyś…. Pamiętacie to jeszcze? Ja już prawie nie. Ale dobra. Ryczał i ryczał, aż mu powiedziałam, że Go wystawię na Allegro bez ceny minimalnej! Przestał. 😉 Dotarliśmy do przystanku. 10 minut do tramawaju… Przypomniało i się, że mam jeszcze pokrojone jabłko. Wyjęłam, zaczęliśmy jeść. Na ławce obok nas siedział jakiś mały dzieciak z dziadkiem. Jak się okazało Jasiek lat 3 ochoczo przyłączył się do naszej jabłkowej biesiady. Widziałam jak dziadkowi było głupio. Widziałam jego totalne zmęczenie na twarzy… Widziałam, że w tym momencie nienawidzi Gwiezdnych Wojen tak jak ja. Uśmiechnęłam się więc życzliwie i wymieniliśmy porozumiewawcze spojrzenia. Był niczym Mistrz Yoda… Spokojny. A ja rozumiejąc, że „Powrót Jedi” do domu nie jest możliwy na głodnego dałam Jaśkowi więcej jabłka.

Dotaraliśmy na Pragę. Chłopcy zjedli kolację i zasnęli. Też marzę o łóżku… Ale muszę stoczyć jeszcze jedną walkę. Czeka na mnie „Zemsta Sithów”, albo raczej „Zemsta Shitów”, bo muszę wyprowadzić psa… Matka nie ma łatwo. No coż. Do jutra. Wtedy wstąpi we mnie „Nowa Nadzieja”.

 

Niech moc będzie z Wami. A nawet jak nie będzie to i tak dacie radę!!!

IMG_2743

FullSizeRender

IMG_2767

IMG_2750

IMG_2771

IMG_2772

FullSizeRender

FullSizeRender

IMG_2869

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

IMG_2821

IMG_2822

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender

FullSizeRender