Wczoraj po trzech tygodniach przerwy wróciłam na treningi do mojego ukochanego studia BeActive Ewy Chodakowskiej. Nie było mnie długo, bo choroba, wyjazd do Wrocławia i inne sprawy. Przez to, że Most Łazienkowski nieczynny dojazd z Pragi zajął mi prawie 1,5 godziny. Możecie się domyślać jak wielu wymówek szukałam w swojej głowie, żeby tylko tam nie dotrzeć… Ale udało się pokonać lenia. Dziewczyny powitały mnie serdecznie i od razu zrobiło się milutko 😉 Było tak tylko do momentu, kiedy zaczął się trening. Uwierzcie mi to była czysta masakra… Trzy tygodnie nie robienia niczego dla swoich mięśni (chociaż w sumie ćwiczyłam mięśnie żuchwy jeśli takie istnieją) dają się we znaki. Natychmiast pożałowałam każdej kostki czekolady, każdego babcinego obiadu i każdej niegroźnej przecież kromeczki chleba… A najbardziej napoju w czerwono-białej puszce. Oj jak bardzo żałowałam. Takie wypominanie sobie tego wszystkiego przypomina katharsis na kacu- oj już nigdy się nie napiję… Aż do następnego razu w sensie.

FullSizeRender

Trening. W sumie mogę z czystym przekonaniem powiedzieć, że zaczynam od początku. I choć po 10 minutach miałam ochotę wyjść z sali i pogodzić się z tym, że moja dupa już na zawsze pozostanie wielka, jakaś kompletnie obca mi dziewczyna, spojrzała na mnie i powiedziała ‚Dawaj! Dasz radę!”. No i dałam! Dzięki Niej. Może nie na 100% swoich możliwości, ale na 100% swoich dzisiejszych.

Bo najtrudniej zacząć. Po raz kolejny jeszcze ciężej.

Po treningu Zło Wcielone czyli Ewka poczęstowała nas piekielnie dobrym tortem czekoladowym, bo jutro ma urodziny. Zjadłam. Był pyszny…Tylko na co ten trening?! Ale skoro sama Szefowa kazała…

Najtrudniej zrobić pierwszy krok, a ten przecież rzadko bywa do tyłu… Prawda?

Miłego dnia 😉

FullSizeRender