Wczoraj dopadł mnie mega kryzys. Razem z mężem, dzieciakami sztuk trzy i rodzinką z Krotoszyna postanowiliśmy wybrać się na spacer Krakowskim Przedmieściem. Stwierdziliśmy, że pojedziemy samochodami bo skoczymy jeszcze później na obiad… Najpierw zbieranie się. Matka nie może wyjść z domu jak normalna kobieta. O nie! Musi pamiętać o milionie rzeczy, których nie może zapomnieć zabrać ze sobą- picie, kocyki, mokre chusteczki, pampersy, słoiczek z jedzeniem dla Julcia, własna głowa i inne takie… No i oczywiście w tym wszystkim nie może zapomnieć o żadnym z dzieci („Kevin sam w domu”). Musi tę riebiatę także ubrać- rajstopki, bluzy, bluzeczki, buciki, czapki, szaliki… gdzie do cholery są rekawiczki! Jak już ta sztuka się uda matka ubiera siebie i zadowolona, że nareszcie wyjdzie z domu otwiera drzwi…jak się okazuje nie do wolności, a do piekieł.

W windzie naciskanie guzików (temat znany, prawda?), jak już się uda wysiąść z windy nadchodzi pakowanie rzeczy do samochodu, składanie wózka, wpinanie dzieci w foteliki (jak już uda Ci się je zamontować…isofix czy nie i tak będzie ciężko, bo to ni cholery nie jest easy fix). Wszyscy siedzą, ja szczęśliwa, że nareszcie ruszamy! Ekscytacja sięga zenitu, bo się cholera jasna udało!!! Jak wielkie jest rozczarowanie, kiedy przed klatką musisz zahamować, bo zapomniałaś pierdzielonego „smosia”, a bez „smosia” wolisz nie ryzykować spaceru na sygnale… Wracam, mam, zjeżdżam, wsiadam, jadę. Po dojechaniu pod Bristol wypakowujemy rzeczy, dzieci, kocyki, piciu, mokre chusteczki, pampersy i inne bzdety. Wykonuję skok na tylne siedzenie, bo muszę założyć Julianowi kombinezon, żeby nie zmarzł. A jak wiadomo dzieci w kurtkach puchowych i innych kombinezonach nie wozimy w foteliku… bo nie. Ale o tym w dalszej części…

Spacerujemy, a raczej ganiamy dzieci. Każde ma inny plan na ten spacer. Drogą korupcji udaje nam się umieścić Julka w spacerówce i jakoś to idzie. My też idziemy. Mijamy „Pałac Gdzie Jest Krzyż Prezydencki” (ciekawe kiedy to miejsce znów zacznie się normalnie kojarzyć?). Po drodze mijamy robienie cudnych baniek… Nie! Jasne, że nie mijamy… To było tylko moje ciche pragnienie. Stacja bankowo bańkowo. Jest pięknie i mokro i ślisko… Oczywiście w ferworze robienia baniek, co chwilkę jakiś dzieciak zalicza glebę po czym wstaje ukazując swojej rodzicielce mokrą i dokumentnie uwaloną kurtkę… Słyszę wokół siebie jęki rozpaczy innych matek. Dziś ten stres mnie nie dotyczy…moi nie upadli. Uff… Idziemy dalej. Trafiamy na break dance show- kilku młodych ludzi tańczy na ulicy i świetnie im to wychodzi. Ludzie stoją i klaszczą, kieszonkowcy stoją i kroją. Ogólnie radosna atmosfera. Po skończonym show nie ma mowy o dalszym spacerze, bo jest koncert życzeń pod tytułem -siku, jeść, pić, Julek się drze i inne atrakcje. Wracamy więc do samochodów. Jestem nawet zadowolona z takiego obrotu sprawy, bo z chęcią usiądę na tyłku i zjem coś smacznego.

W sumie pakowanie idzie łatwo, wózek i klamoty szybko do bagażników. Starszaki i rodzinka- samoobsługa, zostaje mi więc tylko Julcio… I tu zaczyna się dramat. Ja się pytam jak do jasnej cholery jak mam wsadzić dziecko w kombinezonie i zapiąć je w foteliku? Pasy są za krótkie!!! Samochód jest przecież wyziębiony! Jak? Jak? Jak? Mam bardzo dobry fotelik, jestem pewna, że jest super bezpieczny itd. Ale dlaczego one wszystkie mają takie krótkie pasy? Ja rozumiem, że lepiej wozić bez kurtki, bo bezpieczniej, ale praktyka wygląda inaczej!!! Julcio nie jest grubaskiem, ale nie należy też do najmniejszych dzieci. Nie mogę go wozić w innym foteliku, bo jest za malutki… Skończyło się na tym, że On się darł ile sił w płucach (nie pali, więc ma sporo), a ja siedziałam i płakałam. Biedny Olivier próbował mi pomóc, ale się nie dało, bo nie mogło. Takie zimowe wypady nie wiążą się tylko z przyjemnością! Są masakrą! Serio! W końcu i tak musiałam małego rozebrać i wtedy się udało. On wymęczony i szlochający, ja mokra, zaryczana, bezradna i ostro wnerwiona…Przynajmniej jak się zgrzał od płaczu to przestało mu być zimno.

Też tak macie? Czy tylko ja mam poczucie bycia beznadziejną matką w takich chwilach? Właśnie, jestem matką!!! Nie cudotwórcą!!! A co jeśli masz auto na dworze, jest zima i minusowa temperatura, Ty jesteś sama i nie masz jak zejść wcześniej i nagrzać samochodu, a musisz być na szczepieniu na 8rano… Jak? Przecież nie wsadzisz dziecka do zimnego auta!!!

Wszystkich twórców fotelików pozdrawiam! I życzę Wam z całego serca, żebyście przechodzili przez to samo! Może, ktoś ruszy głową!

A Was co wkurza w tych innowacyjnych wynalazkach? Wpisujmy absurdy!