Oj tak… Kiedyś pojęcie „pójście do kina, nie na film” miało swoje drugie romantyczno- erotyczne dno. Choć może nie zawsze? Pamiętam swoją pierwszą randkę ever… Byłam na filmie „Air Force One” w kinie Capitol w Łodzi, z czego 40 minut przesiedziałam zatrzaśnięta w toalecie. Dobrze, że była zima bo zostawiłam kurtkę na sali, więc chłopak wiedział, że nie uciekłam 😉

       Rozmawiałam ostatnio z kumpelą przez telefon, która opowiadała mi, że była ostatnio na super filmie… Kiedy jednak uroczo spytała „A Ty co ciekawego ostatnio widziałaś w kinie? Polecisz coś?”  To „coś” się we mnie zagotowało! ” Tak! Zajebisty film! „Fantastyczna szóstka” No co Ty! Nie znasz? Musisz zobaczyć!”, na co wybuchnęłam śmiechem, podobnie jak moja koleżanka, która uświadomiła sobie, że opowiadam Jej o kreskówce.

       Uświadomiłam sobie, że w praktyce moja wyprawa do kina równa się wyprawa z dziećmi. Życie.

       Wiecie jak wygląda taki seans filmowy z dziećmi? Wczoraj postanowiłam zrobić chłopcom niespodziankę i nafaszerowana ibuprofenem zabrałam ich na „Pingwiny z Madagaskaru”, które sama chciałam zobaczyć. Pojechaliśmy do kina. Ominęła mnie kolejka, bo kupiłam bilety przez internet. Pierwszy plus. Zanim jednak wejdziesz na salę, jako matkę czekają Cię liczne atrakcje przed seansem. Oto one:

       Robisz wypad do toalety z dziećmi, żeby zrobiły siku przed filmem, aby milion razy nie wychodzić z sali. Po wejściu do kabiny dzieci, powtarzają wyuczoną zasadę „niczego nie dotykamy, bo wszystko jest brudne”, łamiąc ją od razu po zamknięciu drzwi! Cudownie! Ponieważ jest zima, dzierżysz pod pachą swoją i ich zimowe kurtki (w trakcie , kiedy dziecko sika wykonujesz woltę, aby trzymać kurtki między udami, dziecko żeby się nie posikało i żeby dobrze założyć mu majtki, a drugie żeby nie otworzyło drzwi od kabiny). Oczywiście, kiedy Tobie zachce się siku, najmłodszy otwiera drzwi kabiny mówiąc „Chodź już, bo się spóźnimy”. Podciągasz więc gacie w locie i wychodzisz, a czekające w kolejce kobiety rzucają Ci spojrzenie „Długo jeszcze do cholery mam czekać”. Masz ochotę krzyknąć bardzo niekulturalne słowa i wyjść, ale musisz dzieciom umyć łapy, bo „wszystko było brudne!”. Spuszczasz więc wzrok na oszczane kafelki i nic nie mówiąc dochodzisz do zlewu. Myjecie ręce, oczywiście najwspanialszą zabawką jest suszarka, więc zabawa trwa w najlepsze. W międzyczasie zastanawiasz się, jak masz do jasnej cholery ułożyć gdzieś trzy zimowe kurtki, aby nie spadły na zasikane kafelki…  Nie ma opcji, zawsze jakaś spadnie. Najczęściej Twoja…

       Po kiblu czas na „pophorn” jak mówi mój Christian. Wita Cię radośnie młoda kobieta (po Jej wyrazie twarzy widzisz, że nie ma dzieci) i pyta jaki chcesz zestaw. „Dwa pophorny. Tfu! Popcorny poproszę”, po czym spędzasz kolejnych kilka minut tłumacząc jej, że nie chcesz żadnego zestawu dla dwojga, nawet jak taniej , bo nie ma dwojga, tylko Ty i Potwory! I może coś do picia? Nic do picia, bo jest tylko słodka chemia, a Ty masz w wielkiej torbie skitraną nielegalnie wodę dla dzieci. Tak. Mam i mieć będę, bo dyrekcja kina nie będzie za mnie decydować, co mają pić moje dzieci. Płacisz jak za zboże, choć to kukurydza i ruszasz na salę.

       Zanim jednak do niej dotrzesz musisz z kurtkami i dwoma wiadrami popcornu pokonać wielkie i długie ruchome schody, czuwając nad tym, aby dzieci się na nich nie zabiły. Oczywiście w połowie jazdy obaj chcą swój popcorn, a Ty nawet nie wiesz, że Twoja jazda dopiero się zaczyna.

       Docieracie na salę, siadacie i już wiesz, że 20zł psu w dupę, bo młodszy woli siedzieć u Ciebie na kolanach. Po obejrzeniu miliarda bezsensownych reklam i wysłuchaniu gadających z dużego ekranu żelek, po kilku zwiastunach kolejnych kreskówek (Mamo! Musimy na to pójść!) zaczyna się film. Ten na który przyszliście, za który zapłaciliście, choć minęło już 20 minut od napisanej na bilecie godzinie. Trudno. Jest tu i teraz.

       Jest naprawdę miło, Polacy są mistrzami świata w dubbingu, a Ty choć masz 32 lata kochasz te cztery głupkowate pingwiny! Nagle czuję, że coś mnie wali w plecy. Raz, drugi… jedenasty! Proszę dzieciaka grzecznie żeby przestał, Nic. Proszę jego mamę żeby zwróciła uwagę. Nic. Po 100 razie odwracam się do gnoja i mówię dosadnie, że zaraz mu wyrwę te nóżki. Na co Matka mówi „No wie Pani?”. Tak! Wiem! I czuję! W końcu spokój…

       Mamo siku mi się chce! Myślę sobie „to lej w gacie”, ale grzecznie szybko prowadzę młodszego to kibelka, uprzedzając starszego, że ma się nie ruszać z miejsca. Wracamy. Znów Christian włazi mi na kolana. On chce pophorn! Masz… „Mamo, on jest niedobry!”. Próbuję. Mada faka! To jest sól z popcornem! Kolejne pieniądze psu w dupę, no bo nie dasz tego dziecku, aby wyczerpało życiowy limit spożywania soli w ciągu półtorej godziny!

       Oglądamy dalej. Jest fajnie i śmiesznie. Mały za mną zaczyna mega gadać, ale po moim spojrzeniu ucisza się grzecznie. Super. Starszy chce siku… Ale wytrzyma. Oglądamy dalej. Wpierdzielam sól z popcornem (w chorobie to nie grzech, wieczorem zrobię więcej brzuchów). Cholera! Teraz mnie się chce siku i nie wytrzymam. Biegnę szybko do kibla, sikam w pozycji „na Małysza”, myję ręce i wracam na salę. Potwory grzecznie siedzą. Uff…

       Film się kończy cudowną muzyką, Christian wstaje z moich kolan i zaczyna tańczyć rozsypując przy tym wiadro z popcornem. No to teraz ja na kolanach i go zbieram pilnując, aby żaden go nie zjadł z tej podłogi. Wyrzucamy śmieci i wychodzimy z sali… Zjeżdżamy schodami, mijamy plakaty, ja wysłuchuję na co jeszcze pójdziemy…i nareszcie powrót do domu.

        Oczywiście o kolacji nie ma mowy, bo drugie wiadro słonego pophornu zostało w ciemności dyskretnie zjedzone przez obu. Pozostaje mi więc tylko wydać komendę: Panowie! Przy łóżkach zbiórka! Raz!

I kiedy już szczęśliwa gaszę światło, to moi Panowie przytulają mnie i dziękują za niespodziankę. Cudowne uczucie. Najlepsze. I wiem, że następnym razem do kina też pójdę. Oni na film, ja na obóz przetrwania.